„Ideal meeting” – opowiadanie

Nie spałem. To się zdarza częściej niż chyba powinno, ale tamtej nocy nie próbowałem nawet udawać że jeszcze zasnę. Wstałem, ubrałem się w to, co leżało najbliżej łóżka, i wyszedłem, bo czasem ciało wie lepiej niż głowa, że trzeba się ruszyć.

Regent’s Canal o czwartej nad ranem jest inne niż to które widać w dzień. W dzień płyną tamtędy barki z turystami, biegacze ze słuchawkami w uszach gnając bez celu, i ludzie z kawą w kartonowych kubkach ci którzy nigdzie się nie spieszą, choć wszyscy udają, że tak. O czwartej nie ma nikogo. Woda jest czarna i gęsta, jakby zgęstniała przez noc, a mgła siedzi nisko, tuż nad powierzchnią, nieruchoma, dopóki ktoś jej nie wzburzy.

Ja ją wzburzyłem .

Nie wiem, w którym dokładnie momencie zauważyłem, że nie jestem sam. Może to ten dźwięk – nie kroków, coś cichszego, jakby ktoś przesuwał palcem po metalowej poręczy. A może to było to światło, które nie powinno tam być, bo najbliższa latarnia stała daleko a mimo to coś się odbijało w wodzie, jasne i spokojne, jak księżyc, którego tej nocy nie można było nie zauważyć.

Stał na środku kładki. Nie czekał w sposób, w jaki czekają ludzie – z telefonem w ręku i niecierpliwością w nogach. Stał tak, jakby to miejsce było jego naturalnym stanem, jakby kładka nad kanałem była dla niego tym, czym dla mnie własny fotel.

– Nie śpisz – powiedział, zanim zdążyłem się zastanowić, czy w ogóle powinienem podejść bliżej.
– Nikt nie śpi o tej porze –
odpowiedziałem, choć to nieprawda, bo cały Londyn spał, tylko nie ja i nie on.

Roześmiał się krótko, jednym wydechem, jakby śmiech był u niego czymś rzadkim i dlatego cennym.

– Wiesz, ile osób przechodzi tędy każdej nocy, nie widząc niczego poza własnymi myślami? – zapytał. – A ty się jednak zatrzymałeś – dodał mimowolnie.

– Bo tu jest ładnie – powiedziałem, choć to nie była cała prawda.

– Tu jest zawsze ładnie. Rzadko kto ma oczy, żeby to zobaczyć akurat wtedy, kiedy trzeba – powiedział to tak jakby miał trochę za złe że to co mówi to niewygodna ale jednak prawda.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc milczałem, a on milczał razem ze mną, i to milczenie nie było niezręczne – było czymś, co dwie osoby robią razem, kiedy nie muszą niczego sobie tłumaczyć.

– Niektóre spotkania nie są po to, żeby trwały – powiedział w końcu, patrząc na wodę, nie na mnie. – Są po to, żeby były pełne. Raz. Bez ciągu dalszego. To nie jest gorsza wersja spotkania. To jest inna wersja – kompletna sama w sobie, jak historia, która nie potrzebuje sequela, żeby coś znaczyła.

Coś w tym zdaniu trafiło we mnie z dokładnością, jakiej dawno nie czułem – nie dlatego, że powiedział coś, czego nie wiedziałem, może dlatego, że powiedział to na głos, w miejscu, gdzie akurat mogłem to naprawdę usłyszeć.

– Skąd wiesz, że to akurat jedno z takich spotkań? – zapytałem.

Bo jesteśmy na moście – odpowiedział, i w jego głosie było coś, co brzmiało toche jak uśmiech, nawet jeśli go nie widziałem. – Mosty są od tego, żeby się na nich mijać. Nie od tego, żeby się na nich zatrzymywać na stałe.

Niebo zaczęło robić się szare – nie jasne jeszcze, tylko trochę mniej czarne – i wiedziałem, bez żadnego sygnału z jego strony, że czas kończyć. Nie zapytałem, jak ma na imię. On nie zapytał mnie. Było w tym coś, co obaj rozumieliśmy bez słów – że imię zamieniłoby to w coś z dalszym ciągiem, a to miało być kompletne właśnie dlatego, że dalszego ciągu nie miało.

Idź już – powiedział łagodnie, jakby to było błogosławieństwo, nie pożegnanie. – I zapamiętaj most, nie mnie. Most tu zostanie.

Odwróciłem się i zrobiłem kilka kroków. Kiedy się obejrzałem – tylko na sekundę, tyle ile trzeba, żeby sprawdzić – kładka była pusta. Nie usłyszałem kroków. Nie widziałem, żeby szedł w drugą stronę. Po prostu go nie było, tak jak wcześniej po prostu był.

Mgła zaczęła się już podnosić, robić się cieńsza, tak jak robi się zawsze, kiedy niebo traci swoją nocną magię. Spojrzałem na deski kładki, tam gdzie stał. Nie było śladu ani buta w wilgoci, ani niczego co co potwierdzałoby, że naprawdę tam był – ale to mnie nie zaniepokoiło tak, jak myślałem, że powinno.

Do dziś nie wiem, czy on tam w ogóle stał, czy to mgła i bezsenność ulepiły mi kogoś, kto powie dokładnie to, co akurat trzeba było usłyszeć.

Czasem coś nie musi się zdarzyć naprawdę, żeby zmienić, jak się potem chodzi po świecie. Wystarczy, że się wydarzyło raz – w głowie, nad wodą, albo gdziekolwiek indziej, gdzie akurat było na to miejsce.

Most tam nadal stoi. Wracam czasem, nie żeby go szukać, tylko żeby postać chwilę w miejscu, gdzie ktoś – prawdziwy czy nie – powiedział mi coś, co potrzebowałem usłyszeć.

That’s the ideal meeting… once upon a time, only once, unexpectedly, then never again.
~ Helen Oeyemi

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.