Siedzieliśmy w pubie, on mieszał drinka słomką, patrzył w telefon, a potem powiedział to tak lekko, jakby podawał mi chusteczki. „Po prostu zostaw to za sobą.” Kiwnąłem głową. Zamówiłem kolejne piwo. A potem przez całą drogę do domu zastanawiałem się, jak dokładnie się to robi.
Bo nikt nigdy tego nie wyjaśnia. Odwieczne „Idź dalej”, „odpuść”, „czas leczy rany”. Zdania gotowe do powieszenia na lodówce, tylko że w środku nie ma żadnej pożytecznej instrukcji. Jak odpuścić coś, co nas ukształtowało? Osobę, chwilę albo wersję życia o której myśleliśmy że będzie trwać wiecznie?
Sam próbowałem różnych metod. Usuwanie numeru z telefonu – co akurat działa mniej więcej tak, jak zdejmowanie tabliczki z drzwi domu, w którym ktoś ciągle mieszka. Chowanie zdjęć do folderu o nazwie, której nie wpiszę tutaj, bo brzmi zbyt żałośnie. Postanowienie, że po prostu nie będę o tym myślał, które trzyma się mniej więcej do momentu, gdy słyszę konkretną piosenkę w sklepie.
Żadna z tych metod nigdy zbyt dobrze nie zadziałała. Chyba dlatego, że wszystkie zakładały to samo -że odpuszczenie to wymazanie. Że jeśli tylko wystarczająco się postaram to puste miejsce w klatce piersiowej się po prostu się zamknie, jakby nigdy tej pustki tam nie było.
Ale chyba to nie tak działa. Może nie jesteśmy stworzeni żeby tak po prostu zapominać.
Przecież odpuścić wcale nie oznacza wymazać przeszłość. Raczej chyba nauczyć się ją nieść. Nie jak worek z piachem tylko jak coś, co z czasem waży mniej ale nie ciągnie już w dół za każdym razem gdy o tym pomyślisz. Różnica jest mała i długo niewidoczna. Aż pewnego dnia zauważasz że wspomnienie, które kiedyś było otwartą raną, jest po prostu nieco zamglonym wspomnieniem. Wciąż twoim. Wciąż jak najbardziej prawdziwym. Z tym że już tak bardzo nie boli.
Bo czasem chyba odpuszczamy nie osobę, tylko wersję siebie sprzed lat, tą gdy mieliśmy dwadzieściakilka, która wierzyła, że wszystko jest do wzięcia jeśli tylko się wystarczająco chce. Mieliśmy wtedy złudzenia i miłość, i tą cholernie bezczelną pewność że każde drzwi się otworzą, bo w końcu masz dwadzieścia parę lat, a to samo w sobie jest jakąś wartością. A potem życie po prostu przestaje się z nami cackać. Robi reality check. Bierze za fraki i wypieprza te złudzenia jedno po drugim, bez pytania czy jesteś gotowy. I najgorsze nie jest to, że boli. Najgorsze jest to co przychodzi później, kiedy już przestaje aż tak boleć, a ty łapiesz się na tym, że śmiejesz się z tamtego siebie. Z tej wiary, z tej naiwności, z tej wiosny w głowie którą kiedyś miałeś. Śmiejesz się głośniej niż trzeba, żeby nikt nie zauważył, że tak naprawdę boisz się przyznać, że to byłeś właśnei ty.
Nawet najpiękniejsze rozdziały muszą się skończyć, żeby historia mogła iść dalej. To zdanie brzmi jak z jakiegoś chujowego kalendarza motywacyjnego, wiem, ale prawda w tym jest taka, że rozdziały, które trwają zbyt długo, przestają być piękne. Zamieniają się w coś, co się odgrzewa. A wiadomo odgrzewane uczucia, tak jak odgrzewany kotlet, nigdy nie smakują tak samo.
Siła – jeśli w ogóle gdzieś jest – nie bierze się z udawania, że już nie boli. Bierze się z czegoś dużo mniej efektownego. Z tego, że pewnego wieczoru siadasz, patrzysz na coś, co przez miesiące odkładałeś na później, i po prostu to robisz. Kasujesz kalendarzowe przypomnienie o czyichś urodzinach, które wciąż tam siedziało, chociaż od dawna nie miałeś powodu, żeby je mieć. Zamykasz zakładkę w przeglądarce, którą trzymałeś otwartą, bo zamknięcie jej wydawało się zbyt ostateczne. Głupie, drobne rzeczy. Ale to w nich jest odwaga, nie w wielkich deklaracjach.
Wszytko po to by uszanować to, co było, i jednocześnie zrobić miejsce na to, co dopiero może się wydarzyć. Nikt cię nie pyta, czy jesteś gotowy. Życie po prostu idzie dalej, obojętnie, bezczelnie, nie czekając aż dogonisz.
I jakoś, mimo wszystko, też idziemy. Musimy. Nie dlatego, że nauczyliśmy się, jak to robić. Po prostu nie ma innej opcji.
Nie da się nie myśleć, a przynajmniej jest to dość trudne. Czas. To on jest sprzymierzeńcem w takich sytuacjach…
PolubieniePolubienie