Ostatnie lato, kiedy nie musiałem niczego wiedzieć

Pamiętam to uczucie, choć już jak przez mgłę. Jakby piasek, który im mocniej chcesz zatrzymać w dłoni, tym szybciej przelatuje ci przez palce. Zostaje tylko wrażenie ciężaru, który kiedyś tam był.

Lato na wsi u babci. Wyjeżdżałem tam z rodzeństwem na wakacje na cale dwa miesiące, mając jakieś 11, 12 lat. Wolni i bez żadnych zmartwień. Cała wieś nas znała, więc nikt nie musiał „meldować się” w domu, bo zawsze ktoś miał na nas oko, sąsiadka rozwieszająca pranie, dziadek na traktorze, ktoś na rowerze jadący do sklepu – System bez systemu, a jednak działał lepiej niż jakikolwiek harmonogram.

Poranki zaczynały się od zapachu. Jeszcze zanim otworzyłem oczy, czułem przez otwarte okno wilgotną trawę i tę specyficzną woń wsi o świcie, mieszankę obornika, mokrej ziemi i czegoś słodkiego, może kwitnącej lipy przy płocie. Dom babci skrzypiał, drewniana podłoga w korytarzu miała swoje ulubione miejsca do skrzypienia i znałem je wszystkie na pamięć, bo trzeba było przemykać cicho, jeśli ktoś jeszcze spał.

W sierpniu na zewnątrz było gorąco już od dziewiątej. Powietrze pachniało słomą i nagrzanym asfaltem jedynej drogi prowadzącej przez wieś, tym charakterystycznym zapachem smoły, który wypływał z pęknięć w nawierzchni razem z falami gorąca. Bosymi stopami czułem, gdzie asfalt się kończy, a zaczyna szorstka, sucha trawa na poboczu. Cykady, a może to były koniki polne?, grały gdzieś w wysokich trawach nieprzerwanie, jak tło, którego się w ogóle nie zauważa, dopóki nie ucichnie.

Jezioro było inne. Trzeba było iść przez las, przez ścieżkę wydeptaną tak dawno, że korzenie drzew wystawały z ziemi jak żyły. Im głębiej w las, tym ciszej robiło się wokół, i tym głośniej słychać było własne kroki na suchych gałązkach. Zapach zmieniał się z każdym krokiem, najpierw żywica i rozgrzana kora sosen, potem coraz bardziej wilgotne, mchowe, ziemiste powietrze bliżej wody. A na samym brzegu, tam gdzie drewniany pomost już dawno spróchniał i przechylał się na jedną stronę, czuć było tylko jezioro. Mokre drewno, muł, coś zielonego i chłodnego, zapach, którego nie da się podrobić, a który natychmiast rozpoznam, gdziekolwiek go poczuję.

Nikt się niczym nie martwił. Nie było planu dnia. Nie było listy do odhaczenia. Nic, co dawałoby choćby cień obowiązku. Dzień po prostu się zdarzał, jeden po drugim, i nikt nie pytał, co będzie jutro, bo jutro miało być dokładnie takie samo, i to była najlepsza część.

Każdego ranka śniadanie czekało na stole, zanim się obudziłem, bo babcia wstawała chyba razem ze słońcem. Świeże pomidory z ogródka, jeszcze ciepłe od słońca, pękające pod nożem tak, że sok spływał po desce. Jajka z kurnika, czasem jeszcze z piórkiem przyklejonym do skorupki. Jeszcze ciepłe mleko prosto od krowy, ze skórką na wierzchu, której nikt nie lubił, ale nikt nie odmawiał. Nie trzeba było nic, a można było wszystko.

Popołudniami siedzieliśmy na krawężniku przed sklepem, ja i cała reszta wiejskich dzieciaków, których imion już nie pamiętam, choć twarze wciąż mam gdzieś z tyłu głowy. Zajadaliśmy się agrestem i czereśniami ukradzionymi z czyjegoś ogrodu, czasami kwaśnymi tak, że aż wykrzywiało gębę, palce lepkie od soku, kolana obdarte i pokryte kurzem, który nie schodził do wieczornej kąpieli. Nikt się nie spieszył. Czas mierzyło się posiłkami, nie zegarkiem a wieczorem ‚czas do domu’ sygnalizowały uliczne lampy, które zapalały się tuż po zachodzie słońca.

Wieczorami niebo robiło się czerwone, potem pomarańczowe, a na koniec ciemnogranatowe a jaskółki latały nisko nad drogą, tuż nad naszymi głowami, pokwilując w pędzie, jakby ścigały coś, czego nikt inny nie widział. Kładłem się wtedy na jeszcze ciepłym od dnia betonie albo w trawie przed domem i po prostu patrzyłem. Bez telefonu, bo go jeszcze nie było. Bez myśli o tym, co dalej. Tylko niebo, ptaki i to ciepło, które powoli uciekało z ziemi razem ze światłem.

Gdzieś mi to uciekło. Rzadko kiedy czuję dziś taki spokój, jaki miałem wtedy, mając dwanaście lat.

Czasami łapię się jednak na tym, że ten stan wraca. Na chwilę. Niespodziewanie, zwykle wtedy, gdy najmniej się go spodziewam, w środku zwykłego dnia, na spacerze albo gdy poczuję jakiś zapach, który niczego mi nie powinien przypominać, a jednak. I wtedy jakbym się cofał w czasie – znowu jestem na wsi, jest sierpień i znowu mam dwanaście lat, leżę w trawie jeszcze ciepłej od dnia i czuję ten sam zapach kurzu na skórze, ten sam smak agrestu w ustach, którego przecież od lat nie jadłem.

Nie piszę tego, bo mi żal, że to minęło. Piszę, bo to się w ogóle wydarzyło, bo było naprawdę, konkretne i namacalne, a nie tylko czymś, co sobie teraz wymyślam, żeby uciec od dorosłego życia na chwilę. I chyba to musi mi wystarczyć. Nie wiem, czy da się to jeszcze kiedyś poczuć naprawdę, czy tylko na chwilę, przypadkiem, gdzieś pomiędzy jednym dniem a drugim.

Jedna myśl w temacie “Ostatnie lato, kiedy nie musiałem niczego wiedzieć

  1. kazdy czasami teskni za tym stanem ducha, który wtedy był czymś zupełnie naturalym, za poczuciem bezpieczeństwa, wolności i beztroski, którego teraz nie da się zaplanować ani kupić. Dziś zeby odzyskać ten spokój to korzystamy z aplikacji, kursow mindfulness czy wyjazdow na weekend poza miasto

    Polubienie

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.