Nikt nie zdradził. Po prostu przestało działać.

„Co się stało?”

Zawsze pada jako pierwsze. Zawsze. Czasem wprost z czasem w nieco bardziej dyplomatycznej wersji – ‚ale dlaczego akurat teraz’, ‚coś musiało się wydarzyć’. Ludzie pytają z troski, z ciekawości, a czasem bo po prostu nie wiedzą, co innego powiedzieć. I za każdym razem masz ten sam problem -nie masz odpowiedzi, która by ich zadowoliła.

Bo właściwie to nic się nie stało. Nikt nikogo nie zdradził. Żadnego krzyku, jebnięcia drzwiami, wiadomości których nie powinno się ani przeczytać ani napisać. Był związek, który przez jakiś czas działał, a potem po prostu przestał – bez wyraźnego momentu w którym coś pękło. Ile osób zna to dokładnie z tej strony? Stoisz przed kimś, kto czeka na historię, a masz do zaoferowania jedynie ciszę.

Fabuła jak waluta

Ludzie potrzebują historii. Nie zawsze plotkarsko czy złośliwie – potrzebują jej, bo daje to, czego brak fabuły nie daje – poczucie kontroli. Ktoś zdradził? To wystarczy nie zdradzać. Ktoś się zmienił? Wystarczy nie pozwolić sobie się zmienić albo chociaż wyłapać to na czas. Fabuła zawsze niesie ukrytą instrukcję – rób inaczej niż oni, a tobie się to nie przytrafi.

Twoje rozstanie bez fabuły nikomu takiej instrukcji nie daje. Nie da się z niego wyciągnąć wniosków, bo nie ma czego się uczyć poza jednym niewygodnym faktem, że czasem rzeczy się po prostu kończą, mimo że nikt nie zrobił nic złego. To zbyt bardzo nieintuicyjne, żeby zostawić to tak bez personalnej odpowiedzialności. Więc dopytują dalej. Licząc, że w końcu coś się znajdzie. Jakaś rysa, którą przeoczyłeś. Jakiś znak, że nie powinieneś był jednak zaufać.

Zobacz, jak zmienia się forma pytania – z ‚co się stało’ na ‚ale na pewno coś było’. Sama odmowa podania powodu zaczyna wyglądać podejrzanie.

Sam też tego szukasz

Najgorsze jest to, że presja nie przychodzi wyłącznie z zewnątrz. Tygodniami po rozstaniu zadajesz sobie to samo pytanie, choć wewnętrznie wiesz, że nie ma na nie dobrej odpowiedzi. Wracasz do rozmów w poszukiwaniu zdania, które mogło zabrzmieć inaczej niż wtedy brzmiało. Analizujesz milczenie, spojrzenia – przypadkowe momenty, które w czasie rzeczywistym nic nie znaczyły, a we wspomnieniach nagle stają się podejrzanie dwuznaczne.

To nie żałoba za związkiem. To szukanie winnego. Najlepiej siebie – bo przynajmniej wtedy byłoby nad czym pracować.

Nie znajdujesz nic. Bo nie ma tam czego szukać.

Rozstania bez powodu bywają najzdrowsze

Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej podejrzewam, że jest odwrotnie niż się wydaje. Rozstania z jasną fabułą – zdrada, kłamstwo, coś nieodwracalnego – często są ohydniejsze. Zostawiają gniew, który musi się gdzieś podziać. Często nie do końca sprawiedliwe oskarżenia. Dwie wersje wydarzeń nie do pogodzenia ze sobą.

A twoje rozstanie bez winnego? Może to po prostu znaczy, że oboje umieliście rozpoznać moment, w którym coś przestało działać – zamiast trzymać się tego na siłę albo doprowadzać do sytuacji, gdzie ktoś musi kogoś skrzywdzić, żeby dać sobie pretekst do wyjścia. Porażka związku? A może jedyna uczciwa rzecz, jaką dwoje ludzi mogło dla siebie zrobić.

To, co zostaje

Brak winy to nie brak uczuć – serio – łatwo to pomylić. Chodzi o cos innego- o to że da się zakończyć coś, co przestało działać, bez organizowania sytuacji w której ktoś musi wyjść poraniony. Bez prowokowania kłótni na zapas. Bez szukania pretekstu, który usprawiedliwi odejście. To niestety wymaga zdecydowanie więcej odwagi niż czekanie, aż wszystko rozsypie się samo – ale jest mega uczciwsze. Uczciwsze wobec drugiej osoby i wobec siebie. A może to jest tak jak w piosence Brodki – Kto z miłości nigdy nie umarł nie potrafi żyć… A przynajmniej taki scenariusz słyszymy na co dzień. Ze niby koniec relacji musi boleć.

Zaskoczyło mnie coś, gdy wracam pamięcią do związków, które skończyły się bez gniewu, bez obwiniania, bez całej tej scenerii cierpienia, którą podobno powinno się mieć za sobą. Zostaje z nich coś zupełnie innego niż z tych głośniejszych rozstań – dobre wspomnienie o osobie, mimo że związek się nie udał. Bez żalu i bez goryczy. Ciepło, które nie zniknęło tylko dlatego, że coś innego się skończyło.

I może o to właśnie chodzi. Nie o to, żeby bolało mniej – bo pewnie zawsze boli mniej więcej tyle samo, bez względu na to, jak się to rozegra. Ale o to, co zostaje po tym bólu, kiedy już to wszytko minie.

Nie jest to wpis o moim obecnym związku a raczej wspomnienie i jakaś wewnętrzna analiza tych, które już minęły.

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.