Recepcjonista w robocie o dziewiątej rano, w budynku przy lotnisku, pyta mnie, czy mam żonę. Nie ‚partnera’. Nie ‚kogoś’. Żonę. Patrzy na mnie tak, jakby to pytanie nie miało w sobie żadnego ryzyka, bo dla niego go nie ma. Dla mnie w tej sekundzie jest ich kilka na raz: powiedzieć prawdę i zobaczyć, co zrobi z twarzą. Skłamać, bo to szybsze. Odpowiedzieć czymś w rodzaju ‚nie jestem żonaty’, co jest prawdą i jednocześnie niczego nie mówi.
Wybieram trzecią opcję. Zawsze wybieram trzecią opcję, kiedy nie mam siły na żadną z pozostałych dwóch.
Legenda o jednym wielkim coming oucie
W filmach wygląda to tak że siadasz z rodzicami przy stole, mówisz to jedno zdanie, ktoś płacze, ktoś przytula, napisy końcowe, the end. Coming out jako wydarzenie z datą, momentem kulminacyjnym i – co najważniejsze – końcem. Skoro było wydarzenie, to było też jego zamknięcie, przecież to takie intuicyjne. Możesz odhaczyć punkt na liście i przejść dalej, do reszty życia, w którym już nikt nigdy nie będzie musiał o to pytać.
To jest kłamstwo, w które sam chciałem wierzyć najbardziej.
Bo prawda jest głupio prozaiczna – powiedziałem to kiedyś matce, dawno temu, i to była prawdziwa rozmowa, z prawdziwymi łzami po obu stronach. Niedowierzaniem, trzydniowym milczeniem. A potem kolejnego dnia jak zwykle poszedłem do sklepu po jakieś zakupy a sprzedawczyni zapytała, czy szukam czegoś dla dziewczyny. Coming out jak sie okazuje nie ma napisów końcowych. Ma codzienność, która nie dostała powiadomienia, ze powinno sie to kiedyś skończyć.
Za każdym razem od nowa
Nowy współlokator. Nowy klient w twoim taxi, z którym rozmawiasz przez dwadzieścia minut w korku na A40. Kolega z nowej pracy, który w przerwie na lunch pyta ‚a ty masz tam kogoś?’ tonem, który zakłada jedną możliwą odpowiedź. Każda z tych sytuacji to osobna, mikroskopijna decyzja – powiedzieć, obejść to albo wprost skłamać. Nikt nie robi tego za ciebie raz na zawsze. Rodzice wiedzą – super, ale rodziców nie ma w tym samochodzie podczas tej rozmowy, w tej kolejce w sklepie, na tym korytarzu nowej pracy.
W Londynie dochodzi jeszcze jedna warstwa, o której nikt mnie nie uprzedził. Jestem tu Polakiem, więc czasem pierwsza rzecz, którą muszę wyjaśnić komuś, wcale nie dotyczy tego, kogo kocham – tylko skąd jestem bo mój akcent brzmi inaczej. Bywają dni, kiedy zdążę odpowiedzieć na cztery pytania o Polskę, zanim ktoś w ogóle dojdzie do pytania o partnera. Dwie osobne tożsamości do wyjaśniania nieznajomym, w kolejce jedna za drugą, jakby to był jakiś urzędowy formularz.
Nie chodzi o strach. Już dawno przestałem się bać – to nie jest tekst o lęku. Chodzi o zmęczenie samą powtarzalnością. O to, że coś, co (według mojej naiwności) miało być jednorazowym aktem odwagi, okazało się naprawdę chujowo męczącym abonamentem bez opcji rezygnacji.
Coś się jednak zmieniło
Bo coś musiało się zmienić. Nie sytuacja – ta wraca w kółko, identyczna, zmieniła się tylko twarz pytającego. Zmieniła się dla mnie waga samego pytania. Kiedyś każde ‚a masz żonę?’ wybijało mnie z rytmu na część dnia. Teraz to trzy sekundy i wracam do tego co wcześniej robiłem. Nie dlatego, że przestało mieć znaczenie. Dlatego, że przestałem traktować je zbyt serio.
Recepcjoniście przy lotnisku odpowiedziałem to standardowe niejasne ‚nie jestem żonaty’ i wróciłem do swojego kubka kawy. Dziesięć lat temu ta sama odpowiedź kosztowałaby mnie dość mocno spocone dłonie i pół godziny wałkowania w głowie czy nie zabrzmiałem podejrzanie. Dzisiaj to był tylko środek zdania w drodze do windy.
Coming to coś, co się robi bez końca
Meredith Grey (nie oceniajcie! – lubie ją bardzo!) w którymś sezonie „Chirurgów” mówiła coś w stylu, że nadzieja to nie jest coś, co się ma raz na zawsze – to coś, co trzeba wybierać na nowo każdego ranka, nawet jeśli dzień wcześniej nie zadziałało. Można to samo powiedzieć o tym całym niekończącym się coming oucie. Nie chodzi o to, żeby w końcu przestał być potrzebny, tylko o to, żeby za którymś razem przestał kosztować tyle samo, co za pierwszym.
To nie porażka, że muszę to robić od nowa przy każdej nowej twarzy. Gdyby to była porażka, oznaczałoby to, że gdzieś istnieje wersja życia bez tego pytania – a takiej wersji póki co nie ma, dla nikogo, niezależnie od tego, kogo kocha. Może więc nie jest to ciężar do odhaczenia, tylko dowód, że wciąż wybieram odpowiedź na własnych warunkach. Za każdym razem od nowa. I za każdym razem trochę taniej niż ostatnim razem.
Przez lata bałem się, że będę musiał to robić bez końca. Dzisiaj wiem, że będę – i to jest już zupełnie inna wiadomość – wiadomość która przynajmniej wniosła jakąś przejrzystość.