Jutro zaczynam nową pracę. No dobra, skłamałem już w pierwszym zdaniu – to nie jest nowa praca. To stara praca, tylko ja jestem już inny.
Wracam tam, skąd odszedłem, bo poprosiła mnie o to moja była – a teraz już przyszła – managerka (która bardzo cenię). No i lepsza kasa rzecz jasna. I zanim ktoś pomyśli, że coś tu nie gra, że to jakiś dziwny research na temat mojej odporności psychicznej – nie. Po prostu życie czasem zatacza koło i trzeba się z tym pogodzić, chociaż serio, gdyby ktoś mi powiedział rok temu, że tam wrócę, tobym się chyba roześmiał w twarz. A w kwestii szczegółów to obecna managerka była na macierzyńskim a w jej miejsce zatrudnili dwóch nieudaczników – których i tak w końcu albo przenieśli albo wywalili a owa managerka wróciła na swoje dawne stanowisko.
Dlaczego w ogóle odszedłem
Poprzednia robota strasznie mi nie leżała. Kierownictwo, powiedzmy sobie szczerze, nie było z najwyższej półki – no, może oprócz jednej osoby, nowej managerki operacyjnej. Światła babka. Szkoda, że nie ma takich więcej, bo reszta… reszta to była lekcja poglądowa z tego, jak nie zarządzać ludźmi.
Odszedłem, bo miałem dość pasywno-agresywnego zaglądania przez ramię. Dość dwuznacznych zdań rzucanych na forum całego zespołu, że dyrektorzy „przyglądają się wynikom”, że ktoś tam „dłubie w indywidualnych rezultatach” – co siłą rzeczy jest jasnym jak słońce sygnałem, że ludzie mają zacząć sami odchodzić. No i zaczęli. Kilku moich znajomych odeszło. Innym po prostu nie przedłużono umowy. A jeszcze innym nie dali podwyżki, o której zapewniano ich jeszcze w styczniu – z pełnym przekonaniem, z uśmiechem, jak to zwykle bywa przy takich obietnicach.
Czuję ulgę, że nie muszę już tam być. Nie muszę już udawać, że nie widzę, jak nieporadne jest to całe mikrozarządzanie przez team leaderów, jak bardzo potrafią zaprzeczać sami sobie w ciągu jednego dnia. Rano jedno, po południu drugie. Człowiek się gubi, próbując za tym nadążyć.
To nie cała historia
Ale żeby obraz był pełny – a chcę, żeby był pełny, bo inaczej to tylko połowa historii – muszę powiedzieć, skąd w ogóle ta cała zmiana. Bo ja jestem, mówiąc wprost, dość leniwym facetem. Nie lubię zmian. Nie lubię rozmów o pracę, całego tego „sprzedawania się”, żeby ktoś w ogóle zechciał mnie zatrudnić. Więc coś musiało się wydarzyć, żeby ruszyć mnie z miejsca.
I wydarzyło się.
Moje małe, kilkudniowe załamanie nerwowe. Przez pracę.
Półtora roku, jeden dzień
Pamiętam ten dzień. Właściwie to nie był jeden dzień – to było półtora roku. Półtora roku walki z supervisorami, potem z managerami, potem z HR, w końcu nawet z dyrektorem UK. Walczyłem, ile mogłem. Pisałem maile. Prowadziłem rozmowy, jedną po drugiej. Wybebeszałem się – dosłownie, z całych sił – żeby cokolwiek się zmieniło. Dawałem pomysły. Argumentowałem rzeczowo, na chłodno, przemyślanie, bo zawsze wydawało mi się, że jak się coś powie mądrze i logicznie, to ktoś w końcu usłyszy.
Nic. Zero zmian. Zero rzeczowych odpowiedzi. Nawet HR w końcu zamilkł – co, jak się później okazało, było odpowiedzią samą w sobie. Chyba najgorszą z możliwych.
Aż w końcu, po którejś kolejnej emocjonalnej kłótni, coś we mnie pękło.
Mentalnie się rozpadłem. Przestałem przyjmować jakiekolwiek bodźce z zewnątrz. Emocje po prostu mi się wyłączyły – nic już nie czułem, nic nie chciałem. A fizycznie? Kołatanie serca. Ataki bezdechu, jeden po drugim. Niemożność zaśnięcia przez ponad 72 godziny.
To było absolutnie okropne uczucie. Mówię to szczerze, bez upiększania. I przyznaję – wcześniej kilka razy rozmawiałem z kimś o wypaleniu zawodowym, o załamaniach nerwowych, i myślałem, że rozumiem, o co chodzi. Że w miarę dobrze to pojmuję. Nic z tych rzeczy. Dopiero po tym, jak sam tego doświadczyłem, wiem, jak to jest, kiedy cały świat rozpada ci się w rękach. Nie da się tego zrozumieć z opowieści. Trzeba przez to przejść.
Zwrot o 180 stopni
Żeby jednak nie kończyć na czarno – bo nie chcę, żeby to zabrzmiało wyłącznie pesymistycznie – to doświadczenie mega dużo mnie nauczyło. I nie chodzi tu o jakąś jedną olśniewającą myśl, która nagle wszystko poukładała. To był proces, powolny, czasem dwa kroki w tył zanim jeden do przodu, ale w końcu coś się w mojej głowie przestawiło na stałe.
Dziś zupełnie się nie boję, że ktoś mnie kiedyś zwolni. Serio. Kiedyś ta myśl potrafiła mnie trzymać w nocy z otwartymi oczami – dziś wzruszam ramionami. Nie boję się też, że jak popełnię błąd, to dostanę opierdol od szefostwa – to zwyczajnie nie robi już na mnie żadnego wrażenia. Bo wiem, ile jest warte to całe napięcie, ta presja, którą ktoś na mnie nakłada, żeby czuć się lepiej we własnym fotelu.
Zmieniło się też coś głębszego – to, jak patrzę na siebie w kontekście pracy w ogóle. Wcześniej praca była gdzieś blisko szczytu mojej hierarchii ważności, może nawet na samej górze, chociaż nigdy bym się do tego głośno nie przyznał. Dziś wiem, że to był błąd. Praca jest ważna, płacę nią rachunki, daje mi jakąś strukturę dnia – ale to nie jest fundament, na którym powinienem budować poczucie własnej wartości. Fundamentem jest zdrowie, głowa, ludzie, z którymi jestem, kiedy wracam do domu.
Przypomniał mi się w tym kontekście cytat, który krąży w wersjach przypisywanych różnym prezesom i dyrektorom – że nikt, dosłownie nikt, leżąc na łożu śmierci, nie żałuje, że spędził za mało czasu w biurze. Banalne? Trochę. Ale ja przez półtora roku żyłem dokładnie odwrotnie – jakby to biuro było jedynym miejscem, w którym moje życie się rozgrywa. I dopiero kiedy się rozpadłem, zobaczyłem, jak bardzo to były fałszywe priorytety.
Do wszystkich, którzy to czytają
Błagam, nie idźcie tą drogą. Nie stawiajcie pracy na piedestale. Numerem jeden zawsze powinno być zdrowie psychiczne, bo bez niego reszty się nie da zrobić. Nawet za najlepsze pieniądze na świecie.
A ja? Jutro wracam. Do tego samego biura, do tych samych korytarzy, ale nie do tego samego siebie. I chyba właśnie o to chodziło.

Gratuluję powrotu do pracy! 🙂 W sumie ta notka jest trochę inna niż wszystkie poprzednie. Przypomniała mi sporo z własnych doświadczeń…
Napisałeś, że nie lubisz szukania pracy i rozmów kwalifikacyjnych. Ja się do nich z czasem przyzwyczaiłem. Zakładam, że rozmowa o pracę może wyglądać jak randka z transwestytą: najpierw wymiana komplementów i grzeczności, potem nosio-nosio-eskimosio, fiku-miku, kiziu-miziu i niby wszystko cacy a tu nagle chuj. Dlatego dziś podchodzę do rozmów z dużo większym dystansem.
Ktoś kiedyś powiedział, że w pracy jest jak kurniku – ci wyżej często obsrywają tych niżej. Brzmi brutalnie, ale jest zaskakująco trafne. Sam pamiętam zespoły, gdzie chamstwo, pasywna agresja, brak kultury, dyskryminacja, mobbing, ignorowanie ludzi, podsycanie niezdrowej rywalizacji i faworyzowanie wybranych doprowadziły do kompletnego rozkładu atmosfery. W pewnym momencie przyszło prawdziwe tsunami – ludzie zaczęli odchodzić albo lądowali na L4. Wtedy zrozumiałem, że nie chodzi o to, że jestem „za wrażliwy”. Po prostu nie każdy styl zarządzania jest dla każdego człowieka.
A ludzie… cóż. Nadal zdarza mi się zastanawiać, jak niektórzy dostali tę pracę. Protekcja? Ktoś zapomniał zweryfikować cv kandydata? Kto inny był na interview a kto inny dostał pracę? Szczęście, niepełnosprawność, grupa chroniona? Czasem odbijam się od ściany, słysząc: „nie wiem”, „to nie moja odpowiedzialność”, „tak było zawsze”. Frustracja narasta, aż w końcu wiem, że pora zacząć rozglądać się za nową piaskownicą.
Dzisiaj najbardziej cenię sobie coś innego – poczucie, że nic nie muszę, mogę tylko chcieć. Na taką zawodową wolność pracowałem przez lata. Dla mnie wolność to przede wszystkim sprawczość i swiadomość, że mam wybór: mogę zostać albo mogę odejść i to daje ogromny spokój.
Optymistycznie brzmi to, że wracasz do tego samego miejsca, ale już jako inny człowiek. Myslę, że właśnie ta zmiana w głowie jest najważniejsza. Firmy się zmieniają, menedżerowie się zmieniają, stanowiska się zmieniaja, ale jeśli człowiek nauczy się stawiać zdrowie psychiczne wyżej niż pracę, to wynosi z takich doświadczeń coś naprawdę wartościowego.
Powodzenia jutro, oby tym razem to było miejsce, do którego idzie się po prostu do pracy, a nie na kolejną walkę o własne zdrowie..
PolubieniePolubienie
To prawda, notka trochę mniej optymistyczna niż zwykle ale może komuś warto przypomnieć o priorytetach 🙂
Nie lubię rozmów o pracę bo w korpo to typowe masturbowanie się publicznie zupełnie przeciętnymi kwalifikacjami rodem z LinkedIn.
W tamtej pracy po prostu byli nieodpowiedni ludzie na nieodpowiednim stanowisku – bez względy na to czy dostali tą robotę po znajomości czy znaleźli się tam z przypadku. Okazuje się, że ‚common sense is not that common’. Co poniektórzy biorą się za stanowiska managerskie bez umiejętności do tego potrzebnych a potem zaczynają się problemy. Dla pracowników, firmy a na końcu ich samych jeśli w końcu ktoś wyżej to zauważy.
Po tamtym wydarzeniu podobnie jak u ciebie spokój i możliwość wyboru stały się moim priorytetem – nic już nie muszę, a jak zechcę to odejdę choćby jutro.
Zdaję sobie sprawę, ze ten powrót nie będzie mlekiem i miodem płynący, będą pewnie gorsze dni – ale teraz jestem już mentalnie na to gotowy a jeśli będzie trzeba to prawnie załatwić to za 16,99/ miesięcznie związki zawodowe mi wszystko załatwią 🙂
PolubieniePolubienie