Optymizm, w który nie wierzę, i optymizm, w który zacząłem wierzyć

Nie lubie słowa „optymizm”. Nie samego zjawiska – słowa. A może po prostu znielubiłem bo przez większość życia słyszałem je głównie od ludzi, którzy sami go nie mieli, tylko potrzebowali, żebym to ja go miał. Ktoś mówi ci „bądź optymistą” i to rzadko jest rada. To prośba. Czasem żądanie, ubrane w miękki głos, żeby nie było widać że to żądanie.

Dobra, wiem jak to teraz zabrzmi – jakbym miał napisać smutny tekst o tym, że optymizm to be be, a najmądrzejsi ludzie w pokoju to ci co widzą wszystko na czarno i mają rację. Nie o to chodzi. Zupełnie nie. Chodzi o to, że przez lata dawano mi różne rzeczy pod tą nazwą, które optymizmem nie były – tylko się pod niego świetnie podszywały, miały ten sam kostium – i musiałem je po kolei zdjąć, jedną po drugiej, żeby zobaczyć czy pod spodem w ogóle coś jest. Rozłożyć na części pierwsze.

Jest. Ale o tym później.

Optymizm jako obowiązek obywatelski

„Uśmiechnij się”. „Mogło być gorzej”. „Chociaż zdrowie masz”. Znacie to na pewno, bo to jest chyba najbardziej demokratyczna forma – przydział dostaje każdy, niezależnie od tego co się właśnie wydarzyło. Rozwód, zwolnienie z pracy, śmierć psa, zły dzień – nieważne, formułka ta sama. Musi być odbębnione.

Ktoś mówi ci to nie dlatego, że wierzy, że ci pomoże. Mówi to, bo to jest społecznie wymagana odpowiedź na cudzy smutek – coś w rodzaju „dzień dobry”, tylko w drugą stronę, w momencie gdy powinno paść coś więcej. A ty masz odbić piłeczkę i powiedzieć „tak, tak, masz rację” i pozwolić rozmowie iść dalej, żeby nikt nie musiał siedzieć w niewygodnej ciszy dłużej niż te dwie sekundy.

Pamiętam konkretną scenę. Nieważne gdzie, nieważne kto – i tak nie o personalia tu chodzi. Powiedziałem komuś coś ciężkiego. Naprawdę ciężkiego, z tych rzeczy które człowiek mówi rzadko i długo się do nich zbiera. I dostałem w odpowiedzi „no ale przynajmniej…”. Zawieszenie głosu, jakby to zdanie miało się samo dokończyć w mojej głowie z korzyścią dla obu stron.

Pomyślałem sobie wtedy: kurwa, przynajmniej co. Przynajmniej żyję? Świetnie, dziękuję, sprawa zamknięta, możemy sie wszyscy rozejść – dobranoc!

Optymizm jako znieczulenie

Pisałem już kiedyś o tym czekaniu – na ten magiczny moment, w którym wszystko się w końcu poukłada, a lista zadań skurczy się do zera. Że kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym będę mógł odetchnąć bez ciągłego „jeszcze tylko to”. Otóż nie przyjdzie. Ale nie o tym miał być ten akapit.

„Jakoś to będzie” brzmi jak nadzieja. Ma tę samą melodię, ten sam ton głosu co prawdziwa nadzieja. Ale bardzo, bardzo często jest czymś zupełnie innym- sposobem, żeby nie musieć teraz o niczym decydować. Odkładasz rozmowę, odkładasz wybór, odkładasz to niewygodne „muszę coś z tym zrobić” – i nazywasz to optymizmem, bo tak brzmi lepiej niż „unikam”.

To jest paraliż w przebraniu. I to jeszcze mega cwane przebranie, bo nikt cię za bycie optymistą nie skrytykuje. Ludzie krytykują pesymistów. Optymistom się kibicuje, nawet kiedy – a może zwłaszcza kiedy – nie robią nic poza czekaniem.

Ile ja decyzji odłożyłem, bo „jakoś to będzie”? Nie chcę liczyć. Serio, nie chcę, bo podejrzewam że liczba byłaby żenująca.

Optymizmoprodukt

To ten typ wkurza mnie najbardziej, więc pozwólcie że się trochę wyżyję, bo rzadko mam ku temu okazję na tym blogu bez brzmienia jak zgorzkniały wujek na imprezie.

Cytat na tle zachodu słońca. „Manifestuj to, co chcesz.” Coach, który sprzeda ci za dziewięćdziesiąt dziewięć funtów „mindset wzrostu” w dziewięćdziesiąt dni, w PDF-ie z ładną czcionką. Optymizm spłaszczony do estetyki – coś co można kupić, wrzucić na stories między zdjęciem kawy a zdjęciem zachodu słońca (znowu zachód słońca, zawsze zachód słońca) i mieć z głowy do jutra.

Problem nie w tym, że to głupie. Problem w tym, że to działa dokładnie odwrotnie do zamierzonego efektu. Zamiast dać ci coś realnego, uczy cię, że pozytywne myślenie to produkt gotowy do kupienia, a nie coś, co się buduje powoli i boleśnie, cegła po cegle przez często lata, najczęściej właśnie wtedy kiedy nic nie chce się układać. A jak tego wypracowanego nie masz – no bo skąd, przecież kupiłeś gotowe – to kupujesz kolejny cytat. I kolejny. I kółeczko się zamyka, ktoś na tym zarabia, ty dalej nie masz nic.Ni zrozumcie mnie źle – praca z ludźmi, coaching, psychoanalizy naprawde często działają i pomagają ale nie kurwa w dziewięćdziesiąt dni z gwarancją sukcesu. Instant to są tylko zupki. Nad resztą trzeba dużo pracować.

Cudzy optymizm, użyty na tobie

To jest najgorszy typ z tych czterech. Wiem to, bo mnie akurat ten bolał najbardziej, i to nie raz.

Ktoś cię pociesza nie dlatego, że chce ci pomóc – tylko dlatego, że twój smutek jest dla niego niewygodny. Staje się problemem logistycznym w jego dniu, czymś co trzeba jakoś załatwić, żeby można było przejść do kolejnego punktu programu. A „optymizm”, którym cię wtedy częstuje, to w gruncie rzeczy prośba. Nienazwana, ale wyraźna: przestań być trudny. Przestań być problemem, którym muszę się teraz zająć, bo nie mam na to dziś ani miejsca ani czasu ani chęci.

Różnica jest dostrzegalna kiedy się ją już raz zobaczy. „Jest mi przykro, że tak się czujesz” zostaje z tobą i w tym, co czujesz – siedzi obok, nie próbuje nic naprawiać. A „No ale patrz z dobrej strony” próbuje cię stamtąd jak najszybciej wyciągnąć, i to głównie dla wygody osoby, która to mówi, nie dla twojej. Możesz to poczuć w ciele, zanim jeszcze zrozumiesz to głową – jedno cię obejmuje, drugie cię spycha.

Nie mam jakiegoś głębokiego podsumowania, może tylko tyle, ze czasem nawet jak nam niewygodnie pozwólmy i zachęcajmy druga stronę by się wyżaliła, wygadała. Bez naszego wkładu i „złotych rad” czasem cisza i obecność naprawdę wystarczy. A potem idźcie razem na piwo. I to jest ten optymizm w który wierzę. Optymizm przez obecność.

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.