Bardzo długo żyłem w przekonaniu, że kiedyś w końcu to nadejdzie- ten magiczny moment w którym wszystkie sprawy się poukładają a lista zadań skurczy się do zera i będę mógł w końcu odetchnąć. Zacząć naprawdę żyć. Nie w trybie przetrwania czy w „jeszcze tylko to”, ale w końcu tak po ludzku, bez spiny, bez ciągłego awaryjnego naprawiania życia.
I (niespodzianka) ten moment nigdy nie nadszedł.
I dotarło do mnie że nigdy nie nadejdzie. Bo problemy nie są błędem systemu. Są samym systemem.
Problemy to nie błąd. To cecha jak każda inna.
Wyobraź sobie, że kończysz jakąś grę video i rzuca cię na nową mapę a tam nic, pustka. Żadnych wrogów, żadnych misji, żadnych wyzwań. Po kilku minutach wyłączysz kompa bo to nudne. Życie bez problemów wyglądałoby dokładnie tak samo.
Problemy nie znikną one się tylko zmienią.
To, co dziś spędza mi sen z powiek, za jakieś trzy miesiące prawdopodobnie będzie mi całkowicie obojętne. Przez lata widziałem dowody na to twierdzenie i za każdym razem okazywało się prawdziwe. Ta rozmowa, która miała zrujnować relację- zapomniana. Ten projekt w robocie, który miał być katastrofą – jakoś udało się zrealizować. Ta decyzja, przy której trzęsły mi się ręce – dziś mega oczywista.
Koszty dealowania z problemami to po prostu koszt istnienia jako człowiek. Tak samo jak rachunki, podatki i wizyta u dentysty. Nie lubię tego, ale nie ma co z tym walczyć.Tak już jest.
A jeśli chodzi o to, co mnie teraz pochłania i co sprawia, że czuję jakiś cieżki kamień na swojej klatce piersiowej z bardzo dużym prawdopodobieństwem za kilka miesięcy będzie mi to całkowicie obojętne. Stres jest najlepszym nauczycielem. Brutalnym, nieuprzejmym i bezwzględnym – ale w chuj skutecznym. Większość przełomów w moim życiu pojawiła się zaraz po tym gdy myślałem, że już serio nie dam rady. Z ręką na sercu przyrzekam, że zapłaciłbym ta cenę jeszcze raz jeszcze wiedząc, co dzięki niej zyskałem. A skoro tak to mam jasny dowód, żeby ufać, że to samo dotyczy wyzwań, które mam teraz.
Za trzy pokolenia nikt nie będzie pamiętał twojego nazwiska
Może gdzieś ci się obiło o uszy to zdanie ale warto je przypomnieć, bo gdy w końcu faktycznie wbijemy sobie do bani jego sens daje to mega wyzwolenie.
Nikt nie wychodzi z tej gry żywy. Dwa, może trzy pokolenia i nawet najbliżsi nie będą pamiętać, jak wyglądałeś. A jeśli to prawda, to po jaką cholerę tak bardzo trzymamy się tych wszystkich durnych uraz, ambitnych planów czy wizerunkowych kalkulacji?
Życie z gruntu jest i absurdalne i (co ważniejsze) ma datę ważności. Można się z tym kłócić albo można to przyjąć „na klatę” i jako zaproszenie do tego żeby w końcu przestać brać siebie tak mega poważnie i po prostu jechać z tym tak by nie martwic się na zapas jutrzejszym dniem.
Wybrałem to drugie. I pewnie – Nie zawsze mi to wychodzi, ale przynajmniej wiem, w którą stronę chcę iść.
Czy chcę mieć rację, czy chcę być kochany?
To pytanie wróciło do mnie niedawno w środku jednej z tych idiotycznych kłótni, które toczą się o nic albo właściwie o wszystko naraz.
Złość, zazdrość, frustracja- te emocje nie pojawiają się bez powodu. Ewolucyjnie rzecz biorąc, istnieją po to, żeby sygnalizować przekroczenie granicy. Zanim były prawa i umowy społeczne, to właśnie gniew dawał znać: „ej, właśnie mnie skrzywdziłeś.” Bez tego wewnętrznego poczucia granic bylibyśmy bezbronni.
I problem polega na tym, co z tym gniewem robimy.
W mniej łaskawych momentach – milczenie jako kara, jakaś pasywna agresja, dystans albo złośliwe komentarze rzucone mimochodem. No a w bardziej łaskawych – na spokojne, z otwartym wyjaśnieniem, o tym co się stało i jak się z tym czujemy, zupełnie bez oskarżania drugiej osoby o zły zamiar. Coraz bardziej przekonuję się, żeby zakładać dobre intencje. Że mój partner, przyjaciel czy współpracownik nie chciał mi sprawić bólu ale po prostu nie wiedział. Że to była tylko ignorancja, nie złośliwość. I nawet jeśli mam rację, że powinienem być potraktowany w tej sytuacji lepiej to czy naprawdę chcę wygrać tą kłótnię kosztem całej relacji?
Chcę mieć rację czy być kochany?
Z kim możesz siedzieć w ciszy?
To jedno z najlepszych pytań, jakie znam, kiedy próbuję ocenić, z kim warto spędzać czas.
Z kim możesz siedzieć w kompletnej ciszy i nie czuć przymusu wypełniania jej słowami? Przy kim filtrujesz się najmniej i mówisz to, co faktycznie masz na myśli a nie to, co wypada? Przy kim wychodzi z ciebie ta wersja ciebie, która jest najbardziej naturalna, nieobrobiona, swobodna? To są ci ludzie, których potrzebujemy. Cała reszta to przelotny hałas.
Niewypowiedziane oczekiwania to z góry zaplanowane urazy
Gdzieś (nawet nie pamiętam gdzie i kto) przeczytałem zdanie które do dziś zapadło mi w pamięć – niewyartykułowane oczekiwania to z góry zaplanowane urazy.
Ile razy byłem wkurwiony na kogoś za to, że nie spełnił oczekiwania, o którym mu nigdy nie powiedziałem? Ile napięć w relacjach wynikało z tego, że oboje z partnerem zakładaliśmy, że druga strona po prostu wie? Nie – nie wie. Nikt nie wie. Ludzie nie czytają w myślach – dlatego trzeba czasem wprost powiedzieć czego chcemy.
„Prawdziwe życie zacznie się, kiedy…”
To jest chyba najczęstsza pułapka, w jaką wpadmy – i w którą ja wpadam nadal, choć już rzadziej. Kiedy schudnę. Kiedy już spłacę kredyt. Kiedy wreszcie zmienię prcę. Kiedy w końcu znajdę partnera. Kiedy, kiedy, kiedy…
Marie-Louise von Franz nazywała to prowizorycznym życiem. Opisywała to jako dziwne poczucie, że nie jest się jeszcze w prawdziwym życiu, że na razie się tylko tymczasowo żyje, a to prawdziwe nadejdzie potem w nieokreślonej przyszości . Inni nazwali to syndromem odroczonego szczęścia- poczucia, że prawdziwe życie jest gdzieś przed tobą, a to, co teraz przeżywasz, to tylko preludium. Ale preludium do czego? Do śmierci?
Bo śmierć jest właśnie puentą. Nie ma żadnego punktu, w którym zaczniesz „prawdziwie żyć”. Jest tylko ciąg „jużów”, „terazów”, które albo przyjmujesz, albo odraczasz na jutro – które czasem nigdy nie nadchodzi w tej formie w której je sobie wyobraziłeś.
Wzorzec praca-nagroda jest użyteczny tylko w skali w mikro: najpierw siłownia, potem serial. Ale jeśli stosuję się go do całego życia ,że najpierw osiągnij coś wielkiego a dopiero potem zasługujesz, zeby „żyć” to to nie jest już żadna dyscyplina. Tylko samooszukiwanie się.
Życie dzieje się teraz. Nie kiedy skończy się lista.
