Przyjechałem do Londynu być wolny. Nikt nie mówił, ile po drodze będzie ślepych uliczek
Jest 23:47, leżę w łóżku, obok śpi Jānis, głośno oddycha przez nos, jak zawsze.
Trzynaście lat temu, kiedy pakowałem walizkę w Polsce, nie miałem pojęcia że kiedyś tak będzie wyglądał mój wtorek. Wtedy plan był bardziej spontanem niż planem: więcej ludzi takich jak ja, mniej strachu, że ktoś zobaczy gdy trzymam faceta za rękę.
Kurwa, ale zanim dotarłem tutaj, to była droga.
Ale cofnijmy się
W Polsce ten strach miał dla mnie konkretny kształt – wiedziałem dokładnie których ulic unikać, kiedy ściszyć głos.
Tutaj miał zniknąć.
I zniknął, to prawda, nie będę udawał, że jest inaczej. Ale nikt mi nie powiedział co przychodzi zaraz po wolności, zanim człowiek w ogóle wie co z nią zrobić.
A przychodzi chaos. Piękny, wyczerpujący chaos.
Pierwsze dwa lata, czyli mapa świata w moim łóżku
Gdybym miał opisać pierwsze dwa lata jednym zdaniem, brzmiałoby ono: poznałem więcej narodowości niż na lekcjach geografii. Londyn w tamtym czasie był dla mnie jak bufet, przy którym nagle wolno mi było nakładać sobie na talerz ile chcę, co chcę i jak chce. Nie jestem z tego ani dumny ani nie jest mi też z tego powodu wstyd – po prostu tak było.
Był chłopak z Australii, Tom, poznany na imprezie na Vauxhall, który zabrał mnie na drugą randkę na łyżwy i śmiał się z mojego stylu jazdy przez prawie godzinę, mówiąc że „jeżdżę jak ktoś kto uczy się chodzić na trzeźwo po raz pierwszy”. Zniknął po miesiącu, wrócił do Sydney, ale pamiętam że to był pierwszy raz kiedy poczułem że mogę być w tym mieście wreszcie sobą bez wiecznego kontrolowania się.
Był też facet z USA, poznany w saunie przy Waterloo – tu nie będę udawał że to była romantyczna sceneria, bo nie była i chyba wszyscy zdają sobie sprawę z tego co w takich miejscach się dzieje ale rozmowa która wywiązała się później przy barze trwała dłużej niż to co wydarzyło się wcześniej. Opowiadał mi o Chicago, o tym jak wyjechał stamtąd bo czuł że miasto go dusi, mimo że nikt go tam nie prześladował. Powiedział wtedy coś co zostało mi w głowie na długo: „czasem uciekasz nie przed czymś, tylko żeby sprawdzić kim jesteś kiedy nikt cię nie zna” Nie widziałem go już nigdy więcej, ale to zdanie wracało do mnie przez lata.
Tamten czas, ci wszyscy faceci z całego świata, to nie była tylko pusta hedonistyczna przygoda. To była też (choć wtedy nieświadomie) nauka. Uczyłem się siebie na cudzych akcentach, cudzych historiach, cudzym sposobie dotykania. Dopiero teraz, z perspektywy czasu, widzę że to musiało się wydarzyć zanim cokolwiek innego mogło.
Jānis
Poznałem go jedenaście lat temu, na Grindrze, pracowaliśmy razem w tej samej dzielnicy przy Knights Bridge station
To miał być „jeszcze jednen taki samym wieczór”. Łotysz, małomówny, trochę skrępowany ale jak nikt wcześniej rozumiał mój humor, zauroczył mnie.
Rozmawialiśmy tamtej nocy o tym co zostawiliśmy za sobą – on Rygę, ja Polskę – i o tym jak dziwnie jest budować coś nowego w mieście, które nie jest niczyje bo jest każdego naraz. Pamiętam moment kiedy powiedział: „wiesz, ja nie szukam już przygody. Szukam kogoś kto zostanie na drugi dzień rano.” Trafił.
Nie było fajerwerków od razu. Był to raczej powolny, uparty proces uczenia się kogoś, kto tak jak ja uciekł z miejsca, gdzie musiał się chować. Dwie osoby, które znają ten sam rodzaj strachu, budują coś inaczej – ostrożniej, ale i mocniej, bo obie wiedzą ile to kosztowało, żeby w ogóle móc usiąść naprzeciwko siebie w kawiarni bez patrzenia przez ramię.
Jedenaście lat później wciąż się kłócimy o to, kto ma umyć naczynia a on wciąż chrapie. Ale rano parzy mi kawę zanim ja się w ogóle obudzę, i to jest coś, czego żaden Tom z Australii ani żaden facet z sauny na Waterloo nigdy nie chciał dla mnie robić.
To ma dobre zakończenie, i wiecie co, nie przepraszam za to
Nie napiszę teraz, że każdy imigrant kończy tak jak ja. Wiem, że wielu wciąż scrolluje o 23:47 samotnie i to jest chujowo prawdziwe, ale też ważne, i nie chcę tego przykrywać moją własną historią. Ale chcę też powiedzieć głośno: czasem ten cały chaos, te wszystkie zniknięcia i jednostronne pożegnania, to nie jest ślepy zaułek. Czasem to jest droga, którą trzeba przejść, żeby w ogóle rozpoznać kogoś, kto zostanie.
Trzynaście lat temu wyjechałem być wolny. Nie wiedziałem wtedy, że wolność miała w sobie miejsce na kogoś takiego jak Jānis. Teraz wiem.
Jeśli przypadkiem czyta to jakiś inny ‚imigrant’ – napisz – chętnie poznam twoją historię.

Emigrantem już nie jestem, ale przez wiele lat nim byłem. Z perspektywy czasu widzę wiele podobieństw do tego, o czym piszesz. Nigdy nie żałowałem decyzji o wyjeździe, był nawet taki moment, kiedy zachłysnąłem się tą wolnością, czułem się, jakbym złapał życie za rogi i naprawdę był jego panem.
Z czasem przyszła jednak refleksja. Zacząłem zastanawiać się, co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze, priorytety trochę się zmieniły, podobnie jak ja.
Dziś nie żyję już w tamtych okolicznościach. Moje życie wygląda zupełnie inaczej, ale jedno pozostało niezmienne – wciąż czuję się wolny i co równie ważne, nigdy nie czuję się samotny.
PolubieniePolubienie
Dlatego tak ważne jest by (jeśli jest taka możliwość) możliwie najwcześniej, jeśli się da najlepiej zaraz po szkole/studiach zrobić sobie rok lub dwa i podróżować albo pojechać gdzieś w świat zarobkowo bo to daje możliwość uczenia się o samym sobie, daje szansę na zrozumienie czego naprawdę chcemy i konfrontuje nasze przekonania🙂
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Fakt. Ciesze sie ze miałem szczęście zrobić sobie gap year i odbyć podróż dookoła świata.
PolubieniePolubienie