Klimatyzacja w tej kawalerce na Brick Lane nie działała już z jakieś dwa tygodnie chyba. Kuba się tym przestał wkurzać gdzieś trzeciego dnia, bo co, miał walić głową w mur? Ciało się przyzwyczaja, nawet do upału, który wchodzi w kości jak jakiś pasożyt, a potem zostaje na stałe, no i kurwa nic z tym nie zrobisz. Albo może po prostu przestał narzekać, bo Dawid od jakiegoś czasu spał u niego co noc, cały mokry, z włosami przyklejonymi do czoła jak po maratonie.
Motyle w brzuchu, ta. Nikt nie mówi o tym, że miłość to też smród potu na poduszce o czwartej rano i że mimo wszystko ci to wisi.
Londyn nie jest miastem na upały, z resztą nigdy nie był. Przejedź się metrem ‘Central line’ w lipcu w środku dnia to zrozumiesz- dosłownie piekarnik, ludzie wachlują się „Metro” albo czymkolwiek, co akurat mają pod ręką, a Brytyjczycy stoją obok ciebie z tą swoją kamienną twarzą, bo czy upał, czy deszcz – przyjmują to tak samo, bez słowa, tylko z cichą pretensją wymalowaną na gębie.
Mieszkanie było na czwartym piętrze. Bez windy, oczywiście. Jedno okno na dachy East Endu, które w słońcu wyglądały jak rozpalona blacha. Dawid powtarzał, że nienawidzi lata bo pot, bezsenność, to gówniane światło, co wpada przez żaluzje już o piątej, bo w Londynie w czerwcu noc trwa, co, może z cztery godziny? Mówił to, leżąc głową na brzuchu Jakuba, więc ciężko było uwierzyć w to całe „nienawidzę”.
-No dobra, a gdybyś musiał wybrać – Kuba zapytał w nocy, a ta nawet w ciemności była ciepła jak cholera – zima bezemnie czy lato ze mną?
Dawid nic nie powiedział. Przesunął tylko rękę wyżej, na klatkę piersiową, tam gdzie serce Kuby łomotało przez ten gorąc jak jakiś stary uparty silnik, który nie wie co to przerwa.
Lekko zżółknięty wentylator skrzypiał w kącie – kupiony za pięć funtów na pchlim targu na Brick Lane od jakiegoś typa, który przysięgał, że „działa jak nowy”. Co w języku targowych sprzedawców znaczy pewnie „działa, jak ma ochotę”. Czasem się zatrzymywał, jakby miał dosyć patrzenia na nich, wtedy Kuba wstawał i walił go pięścią w bok, Dawid zawsze się z tego śmiał, mówiąc z ironią że ‚tak się traktuje tylko sprzęty, które się naprawdę kocha’
Wieczorami, kiedy upał trochę odpuszczał, szli na Columbia Road. Kwiaciarze już składali stragany, powietrze pachniało zwiędłymi piwoniami i rozgrzanym betonem. Raz jakiś starszy facet wcisnął im bukiet, którego nikt nie kupił, i powiedział tylko: „Take it, mate, too hot for flowers to last till tomorrow anyway.” Dawid się z tego śmiał pół wieczoru – mówił, że to jest najbardziej londyńska rzecz, jaka mogła im się przytrafić, przypadkowa życzliwość zapakowana w narzekanie na pogodę.
Ludzie myślą, że siła to trzymanie wszystkiego razem, na siłę, z zaciśniętymi zębami. A czasem siła to pozwolić sobie się rozpłynąć, przy kimś komu ufasz że cię nie zgubi po drodze.
Były noce, kiedy upał był jak kara. I były inne, kiedy stawał się jedynym, kurwa, sensownym powodem, żeby leżeć blisko, skóra przy skórze, bez koca, bez dystansu, bo to wszystko, co dzieli ludzi, w gorącu i tak się rozpuszcza prędzej czy później.
Rano światło wpadało przez żaluzje w paski, układało się na ich splecionych nogach jak nuty jakiejś melodii której nikt nigdy nie dokończył. Z dołu dochodził hałas Brick Lane budzącej się do kolejnego dnia – zgrzyt sklepowych rolet, zapach curry, który chyba nigdy tam nie gasł, czyjeś krzyki po bengalsku zmieszane z akcentem cockney. Dawid mruczał coś przez sen, niewyraźnie, ale Kuba i tak rozumiał, bo po jakimś czasie człowiek uczy się rozumieć drugiego nawet w bezsensownych sylabach. Nawet w ciszy. Nawet w pocie, który zostaje na prześcieradle jak podpis pod umową, której nikt nigdy nie spisał na papierze.
Mówi się, że dom to miejsce. Bzdura. Dom to osoba – i czasami trzeba, żeby klimatyzacja zdechła w środku lata, żeby się o tym przekonać.
Klima wciąż nie działała. Nikt już nie dzwonił do administracji, bo i tak by nikogo to nie ruszyło – cały Londyn udawał, że problemu nie ma, że to „tylko parę ciepłych dni”, chociaż te „parę dni” ciągnęły się już od dwóch tygodni, a w wiadomościach znowu straszyli „rekordowymi temperaturami”, jakby to było coś egzotycznego, a nie zwykły wtorek gdzie indziej na świecie.
Bo niektóre usterki – myślał Jakub, patrząc na śpiącego Dawida – to w gruncie rzeczy błogosławieństwo. Gdyby było chłodniej, może nie leżeliby tak blisko. Może nie nauczyłby się na pamięć każdego pieprzyka na jego plecach, każdego westchnienia, każdego „zostań jeszcze, kurwa, jeszcze pięć minut” wymruczanego o czwartej nad ranem, kiedy niebo za oknem zaczynało się robić tym szarobłękitnym, londyńskim świtem, który nigdy nie wygląda tak samo dwa dni z rzędu.
Dom się nie topi od gorąca. Dom topi się od miłości – i to jest jedyny pożar, na który nikt nie wzywa straży, bo wszyscy w środku i tak chcą w nim zostać.
A za oknem Londyn dalej parował w czerwcowym słońcu. Piętrowe autobusy sapały na Whitechapel Road, ktoś sprzedawał lemoniadę z wózka koło Liverpool Street, gołębie chowały się w cieniu pod markizami. Miastu było wszystko jedno co dzieje się w tej jednej kawalerce na czwartym piętrze, gdzie dwóch mężczyzn uczyło się, że upał da się przetrwać tylko wtedy, kiedy ma się kogoś, kto nie chce być nigdzie indziej.
I może w tym jest cała tajemnica – nie czekać, aż życie ostudzi się do bezpiecznej temperatury, tylko nauczyć się żyć w tym gorącu, z kimś kto trzyma cię za rękę, nawet kiedy wszystko dookoła się topi.
