Byłem tam siedemnaście godzin. Policzyłem to dopiero w samolocie z powrotem, z kacem który siedział mi gdzieś między oczami a mostkiem, i pomyślałem – kurvva, ledwo starczyło na jedną rozmowę ale wystarczyło by przypomnieć sobie o czymś więcej.
Agata. Znamy się ponad piętnaście lat a może nawet bliżej dwudziestu- ale nigdy tego jakoś nie świętowaliśmy . Te lata to liczba, która nic nie znaczy dopóki nie zobaczysz kogoś po przerwie i nie poczujesz, że rozmowa zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym skończyła się półtora roku wcześniej. Bez rozgrzewki. Bez tego niezręcznego „no i co u ciebie”, które człowiek ma w zwyczaju prowadzić ze znajomymi z pracy.
Dotarłem w piątek w południe, bez większego planu poza tym jednym – zobaczyć ją. Reszta się jakoś ułożyła, tak jak układa się wtedy, kiedy miasto jeszcze pamięta cię trochę lepiej niż ty pamiętasz jego ulice.
Gniazdo
Zaczęliśmy od koncertu w Gnieździe. Jakaś wokalistka, może dwadzieścia lat, może mniej – nie pytałem, bo i tak bym nie uwierzył w odpowiedź. Śpiewała tak, jakby nikt jej wcześniej nie powiedział, że są rzeczy, które się nie udają. Stałem tam z piwem, które robiło się ciepłe szybciej niż zwykle, i patrzyłem na tę dziewczynę, i myślałem sobie – ona naprawdę wierzy, że to jej się uda. Nie ma cienia wątpliwości na twarzy. Żadnego „a co jeśli”.
I to mnie – nie wiem, czy to dobre słowo – rozczuliło. Trochę zazdrościłem. Trochę się zestarzałem w tej jednej minucie, stojąc w tłumie dwudziestolatków, z piwem, którego już nie chciałem dopić.
Kalambury, Czuła jest noc
Potem był bar, którego nazwa brzmi jak gra towarzyska, bo nią kiedyś była – Kalambury – i rozmowa z Agatą, która przeskakiwała z tego, jak się jej ostatnio nie udało coś w pracy, do tego jak to kiedyś było gdy razem pracowaliśmy w tej małej rozgłośni radiowej. Śmialiśmy się z tego dłużej niż powinniśmy. Może dlatego, że to zabawne. Może dlatego, że prawie dwadzieścia lat temu to my byliśmy tymi, którzy chcieli zostać czymś nieprawdopodobnym.
Z Kalamburów do Czułej – nazwa, którą ktoś chyba wyciągnął z paczki chipsów i zrobił z niej koktajl bar, co jest może i bezczelne, ale działa, bo tam człowiek naprawdę czuje się trochę bardziej czuły niż powinien być o północy w piątek.
Przedwojenna, do czwartej
A później – Przedwojenna. Szoty jägera. Tatar. Ktoś, kogo Agata znała chyba z jakiejść pracy zaczął opowiadać o sprawach rodzinnych, o relacjach i o tym że nawet więzi rodzinne czasem się urywają. O tym, że mimo że praca którą się zajmujemy czasem może być mało idealna to czasem warto próbować.
Siedziałem tam do czwartej nad ranem i myślałem to jest dokładnie to. Ta sama naiwność co u tej dziewczyny w Gnieździe, tylko przebrana w garnitur trzydziestolatka, który jeszcze wierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych. I zastanawiałem się, kiedy dokładnie ja przestałem tak myśleć. Nie umiem wskazać dnia. To się chyba dzieje powoli, po trochu, aż pewnego razu budzisz się i liczysz ryzyko zanim w ogóle pozwolisz sobie zamarzyć.
Dziewiąta, Londyn
Lot o 11stej ale wiadomo trzeba być na lotnisku wcześniej. Kilka godzin snu, jeśli w ogóle to był sen. Wróciłem do Londynu z bólem głowy i dziwnym poczuciem, że coś we mnie się poruszyło, chociaż nie umiem powiedzieć co dokładnie.
Może to jest tak – że młodzi ludzie nie wiedzą jeszcze, ile rzeczy się nie udaje. Nie mają jeszcze tego bagażu porażek, które nauczyły nas, dorosłych, żeby kalkulować zanim zamarzymy. I może właśnie dlatego udaje im się to, co nam już nie – bo nie wiedzą, że mają się bać, że jest wiele do stracenia. Że marzenia kosztują.
Nie mam z tego żadnej ładnej puenty. Nie wiem, czy naiwność da się odzyskać, kiedy się ją raz straci, czy trzeba się z tym pogodzić i po prostu patrzeć, z boku, z piwem w ręku, jak ktoś młodszy robi to, na co my już nie mamy odwagi.

Kiedy mieszkalem za granicą i kiedy wracałem do Polski, to czasu zawsze było za mało. Zdarzało mi się mieć dla kogoś tylko godzinę czy pięć kwadransów. Pamietam że niektórzy odbierali to jako lekceważenie albo pozę „światowca”, który wpada, wyznacza godzinę i zaraz znika. A prawda byla dużo prostsza – ja za tymi ludźmi zwyczajnie tęsknilem. Nigdy nie miałem potrzeby się z tego tłumaczyć., zawsze wolałem, żeby spotkanie było krótkie, ale prawdziwe, niż długie tylko dlatego, że tak wypada. Nadal bardzo lubię takie spotkania, takie, kiedy po miesiącach albo latach siadasz z kimś przy jednym stole i po pięciu minutach masz wrażenie, jakbyście widzieli się wczoraj. Bez rozliczania, czemu dopiero teraz, bez pretensji, bez obowiązkowego „co u ciebie” odhaczanego z grzeczności. Dla mnie to jest miara prawdziwej przyjazni.
Przypomniałes mi moje doswiadczenia i rozkminy. Dobrze znam ten moment, kiedy w najmniej odpowiednim momencie uderzaly we mnie wątpliwości. Człowiek łapie się na tym, że bardziej goni przeszłość niż patrzy przed siebie i powoli z czasem dociera do niego, że jego przysłowiowe pięć minut naiwności trwało tak naprawdę latami, a tamten sposób patrzenia na świat chyba już bezpowrotnie minął.
Napisales o zazdrości wobec młodych, którzy jeszcze nie wiedzą, ile rzeczy może się nie udać. Pamiętam, że kiedyś zazdrościłem nawet przypadkowym parom mijanym na ulicy tej lekkości, z jaką wydawało się, że wierzą w swoją przyszłość. Dzisiaj chyba już mniej zazdroszczę, a bardziej cieszę się, kiedy jeszcze u kogoś widzę tę odwagę do marzeń.
PolubieniePolubienie
To prawda, często ludzie myślą, ze skoro nie mam dla nich czasu to znaczy że pan z wielkiego świata nie reflektuje sie na spotkanie – a to zwyczajnie wynika z tego, że nie da się rozciągnąć doby by wcisnąć jeszcze więcej w te limitowane godziny.
Mimo wszystko, każde takie spotkanie, rozmowa – zobaczenie sie na żywo mega mnie emocjonalnie ładuje.
Co do tej naiwności i zazdrości do tych, którzy jeszcze nie wiedzą ile rzeczy w życiu może sie nie udać – nie mam na to recepty a bardzo bym chciał. Ale skoro w życiu doświadczyło sie porażek już zawsze będą one nieodłącznym elementem przyszłych działań. Ponoć ludzie po 50tce – 60tce znowu zaczynają robić wszystkie te rzecz, które mogą się nie udać, właśnie dla tego żeby się przekonać co sie stanie jeśli się jednak uda – więc może jest jeszcze nadzieja 🙂
PolubieniePolubione przez 1 osoba
A to już jakaś wyższa szkola jazdy.
Jak będę miał 50 lat a potem 60 to na pewno podziele sie przemyśleniami.
PolubieniePolubienie