Kiedyś porównywałeś się z sąsiadem przez płot. Widziałeś jego nowy samochód, jego trawnik, jego żonę (albo faceta) w ogrodzie, i to wystarczało, żeby popsuć ci humor na cały wieczór. Teraz masz kilkuset sąsiadów naraz, w telefonie i każdy z nich jest akurat na Mykonos, akurat ma idealne ciało, akurat całuje się na tle zachodu słońca z kimś, kto wygląda jak wyjęty z reklamy zegarków – Płot zniknął. Skala została jednak ta sama, tylko przemnożona przez ileśset.
Nie będę udawał, że jestem odporny. Zupelnie nie a każdy kto mówi że jest to albo kłamie, albo po prostu mniej scrolluje niż ja. Spędziłem wystarczająco dużo wieczorów, gapiąc się w telefon w pustym mieszkaniu w którym nic się nie działo, żeby wiedzieć dokładnie jak to działa.
Dwie platformy robią mi to najgorzej. Różnymi metodami, z różnym skutkiem, ale finalnie z tym samym pytaniem w głowie o północy: dlaczego akurat ja.
Instagram, czyli redakcja czyjegoś życia
Zacznę od tego, co wszyscy już wiedzą doskonale a i tak nikomu to nie pomaga: to nie jest czyjeś życie. To jest redakcja czyjegoś życia. Ktoś zrobił może tysiąc zdjęć w tym roku i wrzucił dziesięć. Wybrał te dziesięć bardzo świadomie, czasem po konsultacji ze znajomymi, czasem po dwudziestu podejściach do tego samego ujęcia, w tym samym świetle, o tej samej porze dnia, żeby broda wyglądała jak trzeba, a brzuch nie robił żadnego cienia. To nie jest kłamstwo w sensie prawnym. To po prostu bardzo, bardzo staranna selekcja, sprzedawana jako spontaniczność.
I jasne ja to wiem. Wiem od lat, powiedziałbym to każdemu, kto by mnie zapytał, wygłosiłbym z tego wykład przy piwie. A i tak, kiedy widzę koleżkę z moich pierwszych lat w Londynie – tego samego, którego pamiętam z pustą lodówką i długami na karcie – teraz na jachcie gdzieś koło Sardynii, z podpisem „wdzięczny za to życie”, to coś we mnie się kurczy. Nie racjonalnie. Po prostu się kurczy, jak żołądek, kiedy nagle zjeżdża winda.
Najgorsze jest jedno konkretne zjawisko, które w gejowskiej części Instagrama jest chyba jeszcze bardziej stężone niż gdziekolwiek indziej: ciało jako produkt do pokazania, związek jako produkt do pokazania, wakacje jako produkt do pokazania. Wszystko trochę zbyt dobrze oświetlone, zbyt symetryczne. Para w idealnie dopasowanych strojach na tle zachodu słońca (znowu ten sam zachód słońca, zawsze ten sam cholerny zachód słońca) – i wiesz, wiesz na sto procent, że pięć minut wcześniej kłócili się w samochodzie o coś głupiego, bo tak to działa u każdego, ale tego na zdjęciach nigdy nie zobaczysz. Zobaczysz tylko końcowy wynik.
Problem nie w tym, że ludzie pokazują dobre chwile. Jasne, że każdy pokazuje dobre chwile, ja też to robię, nie jestem tu żadnym wyjątkiem moralnym. Problem w tym, że kiedy widzisz same najlepsze momenty stu różnych osób codziennie, przez wiele godzin, twój mózg zaczyna to sumować w jeden ciągły obraz cudzej egzystencji, w której nie ma nic poza jachtami, idealnym światłem i smukłymi sylwetkami – i porównuje go z twoją środą, w której nie wydarzyło się absolutnie nic poza praniem i jednym mailem, na który musisz jeszcze odpowiedzieć.
To nie jest uczciwe porównanie. Nigdy nie było. A i tak robimy je codziennie, po kilkanaście razy, bezmyślnie, samym kciukiem.
Grindr – fifek z dostawą do domu
Nie mam Grindra od lat. Skasowałem go dawno temu i szczerze mówiąc rzadko o nim myślę – ale wystarczy, że posiedzę wieczór ze znajomymi i posłucham, jak o nim opowiadają, żeby wiedzieć, w co się zmienił.
Kiedyś było to bardziej poznawanie kogoś – niedoskonałe, czasem toporne, ale jakoś zdecydowanie wyczówalnie ludzkie. Teraz, z tego co słyszę, otwiera się aplikację i widzi siatkę kafelków. Twarze, torsy, ułożone w rządek jak w sklepie internetowym, z filtrami po wieku, wzroście i tym, „czego kto szuka” – jakby się zamawiało but w konkretnym rozmiarze, a nie umawiało z człowiekiem. Jeden znajomy opowiadał mi kiedyś, jak w środku rozmowy dostał informację, że rozmówca „już coś znalazł bliżej” – i tyle, koniec, bez pożegnania.
Nie oceniam, każdy korzysta tak, jak chce – to nie jest tekst o tym, że coś jest złe lub dobre moralnie. Chodzi mi o to, co te opowieści robią z moją głową, mimo że sam w tym nie uczestniczę. Wystarczy słuchać wystarczająco długo, żeby zacząć myśleć o ludziach w kategoriach dostawy – szybko, sprawnie, z opcją anulowania jednym kliknięciem, bo zawsze jest następny kafelek, dostępny w tej samej minucie, kilkaset metrów dalej.
Dwa różne oszustwa, ten sam efekt
Instagram fałszuje obraz – pokazuje wynik bez procesu, najlepszy moment bez stu gorszych, które go poprzedziły. Grindr, przynajmniej w wersji, o której opowiadają mi znajomi, fałszuje relację – zamienia człowieka w produkt, wybór w zakupy, a kogoś po drugiej stronie ekranu w towar stojący na półce obok innych.
Różne mechanizmy a mimo to lądujesz w tym samym miejscu: z przekonaniem, że jesteś zawsze o krok od czegoś lepszego, co akurat w tej chwili przewija ktoś inny. Że gdzieś tam, poza zasięgiem twojego ekranu, dzieje się prawdziwe życie – ładniejsze, prostsze, bardziej pożądane – a ty akurat trafiłeś na wersję z usterką.
Nikt ci tego wprost nie mówi. Nie musi. Wystarczy, że codziennie masz przed oczami dwie różne makiety cudzej egzystencji i żadna z nich nie jest prawdziwa w taki sposób, w jaki prawdziwa jest twoja własna, niewyretuszowana środa.
To, co z tym zrobiłem (i to, czego nie zrobiłem)
Nie napiszę teraz, że rozwiązałem to sobie w głowie raz na zawsze i żyję szczęśliwie z dala od porównań, bo to byłoby kłamstwo. Instagram nadal mam w telefonie. Otwieram go nadal, czasem zdecydowanie za często, czasem o głupszych porach niż powinienem.
Co się chyba zmieniło, to tylko jedno: kiedy teraz czuję to znajome skurczenie w środku, patrząc na czyjś jacht, próbuję sobie przypomnieć – nie zawsze się udaje, ale próbuję – że patrzę na wystawę sklepu, nie na jego zaplecze. A moje zaplecze, z praniem i mailem na środę, jest jedynym, które w ogóle jest prawdziwe.
Trafnie to opisałeś porównując zwykły dzień do najlepszych momentów dziesiątek różnych osób. Chyba na tym polega pułapka mediów społecznościowych.
Ja z czasem doszedłem do wniosku, że popularność na IG jest trochę jak bycie milionerem w Monopoly. W obrębie tej gry ma znaczenie, ale kiedy zamkniesz plansze i pochowasz domki, wracasz do normalnego życia.
Nie mam FB, TickTocka, Snapchata, MySpace’a ani X, Grindr. Nie czuje potrzeby budowania swojej popularności w internecie. Mój latami prowadzony blog jest dla mnie, to moje listy pisane do samego siebie. Nie uprawiam w nim autocenzury, nie uprawiam żadnej selekcji, lubię sobie potem popatrzeć z perspektywy czasu czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować, gdzie popełniłem błędy i często pamiętać o wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Kiedy czytam, że ktoś ma 500 czy 1000 znajomych/ followersow, to bardziej zastanawiam się, ilu z nich naprawdę mógłby nazwać przyjaciółmi, liczba kontaktów nie przekłada się na realne wsparcie, sama liczba niewiele znaczy. Tak samo jak fakt, że ktoś przespał się z 600 osobami, nie oznacza, że był w 600 związkach.
Dziś korzystam właściwie tylko z LinkedIna zawodowo i IG (traveldoo), ale wiem, jak łatwo wpada sie w schemat wrzucania kolejnych zdjęć i bezmyślnego scrollowania. Tez mam to wrażenie, że wiele profili wygląda niemal identycznie – idealne kadry, idealne ciała, idealne wakacje a przecież życie większości z nas tak nie wygląda i chyba całe szczęście.
Zdecydowanie bardziej wolę spotkać się z kilkoma bliskimi osobami w knajpie, w domu, na śniadaniu u kogoś, w fajnym miejscu, posiedzieć w kuchni, wypić kawę ze wyszczerbionego kubka, oglądać czyjeś porozwalane buty w przedpokoju, kable wiszące z sufitu, pranie wylewające się niedomkniętej pralki, móc pogadać z koleżanką czy z kumplem bez filtrów a potem wrócić do domu z prawdziwymi wspomnieniami niż z kolejną garścią laików.
PolubieniePolubienie
Dlatego staram się patrzeć na całe te social media z dystansem. Wiadomo, że mimowolnie scrollując czasem zatrzymuję się zazdroszcząc widoku jakiegoś kolesia z idealnym ciałem albo właśnie przebywającym w miejscu które chciałbym kiedyś odwiedzić – coraz rzadziej (chociaż jednak wciąż) trochę porównuje do swojego życia.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Cześć! Chyba coraz rzadziej porównuję się do innych, bo szkoda na to życia, czasu, nerwów i energii ogólnie. I tak jak napisał Saber – moich dwoch- trzech znajomych z którymi mogę porozmawiać o wszystkim cenię bardziej niż setki wirtualnych znajomości. To już nie ten kierunek.
Fajnie piszesz, miłego weekendu!
PolubieniePolubienie
Pracuje nad tym, choć wciąż mimowolnie bywa, ze zazdrość albo przynajmniej małe westchnienie czasem się pojawia gdy poprzeglądam insta. Pewnie z biegiem czasu wypracuje w sobie więcej odporności ale to jeszcze nie ten moment – dobrego weekendu !
PolubieniePolubione przez 1 osoba