Piąta po południu i już ciemno. To zawsze ten sam moment w roku, kiedy człowiek wychodzi z pracy i przez sekundę myśli, że coś się tu nie halo – że zegarek stanął albo że ktoś ukradł mu dwie godziny. Ale nic z tych rzeczy. To po prostu koniec października, a Londyn robi to, co robi co roku – zabiera światło bez pytania o zgodę.
Szedł Essex Road w stronę domu, mijając witryny sklepów, które o tej porze roku świecą jak przystanki – ciepłe, pomarańczowe, obiecujące, że w środku jest cieplej niż na ulicy. Przed nim, jakieś dwadzieścia metrów, mężczyzna pchał wózek pod górkę, jedną ręką przytrzymując torbę z zakupami, która ześlizgiwała mu się z ramienia. W wózku dziecko w czapce za dużej o przynajmniej dwa rozmiary. Mężczyzna skręcił w bramę, wcisnął kod, zniknął w środku, i przez sekundę, zanim jeszcze drzwi się zamknęły, było widać kuchnię – żółte światło, kogoś przy kuchence, parę unoszącą się nad garnkiem.
Zatrzymał się. Nie wiedział po co. Stał tam z rękami w kieszeniach, oddychając powietrzem, które pachniało już zimą, mimo że kalendarz twierdził co innego, i myślał: on ma trzydzieści dwa lata, może trzydzieści pięć, mniej więcej tyle co ja. I ma to. Cokolwiek „to” znaczy.
Nie chodziło o dziecko czy o wózek. Chodziło o to żółte światło w oknie – o pewność, że ktoś tam na niego czeka, że wieczór ma już swój kształt, zanim jeszcze się zacznie. On szedł dalej, do mieszkania, w którym też ktoś czekał, i to akurat nie było kłamstwem. A mimo to coś w nim przez całą drogę do domu ważyło tamten obrazek jak monetę, sprawdzając, po której stronie wyląduje.
Z nieba zaczęło siąpić. Nie mocno – taki drobny, uparty deszcz, który nie moczy od razu, tylko czeka, aż człowiek przestanie zwracać na niego uwagę, i wtedy moczy do suchej nitki. Przyspieszył kroku. I dopiero w progu domu, otrzepując mokrą kurtkę, zrozumiał, że to uczucie nie miało nic wspólnego z zazdrością, melancholią czy smutkiem. Miało do czynienia z zegarem, którego tykania nie słyszał przez całe lato, a który jesienią zawsze włącza się na nowo, i słychać go głośniej niż zwykle.
Zegar, który tyka głośniej w październiku
Latem nikt nie liczy. Lato jest bez daty – jeden długi, ciepły dzień, który powtarza się, dopóki nie skończy się urlop albo pieniądze. Nikt o zdrowych zmysłach nie robi bilansu życia w połowie lipca, siedząc na trawie w parku z piwem w dłoni. Jesień jest inna. Jesień ma kalendarz i lubi go pokazywać.
Cofnięcie zegarków to najbardziej dosłowna wersja tego mechanizmu – z dnia na dzień jest o godzinę więcej ciemności, jakby ktoś fizycznie odcinał ci część życia. Ale nie chodzi przecież tylko o światło. Chodzi o to że koniec roku nagle robi się widoczny na horyzoncie, a razem z nim lista rzeczy, które „powinny” być już odhaczone. Praca. Związek. Mieszkanie na własność, nie wynajęte. Jakiś konkretny plan, który nie zmienia się co pół roku.
Nikt tego nie mówi na głos, bo brzmiałoby zbyt patetycznie i lamersko, ale każdy, kto skończył trzydzieści lat, zna to uczucie z listopadowego poranka – budzisz się, na zewnątrz jest szaro i przez ułamek sekundy, zanim zdążysz się jeszcze dobrze rozbudzić, w głowie przemyka myśl – ile lat jeszcze zostało zanim będzie za późno na cokolwiek. Za późno by powiedzieć na co konkretnie – tego nikt nie potrafi dokończyć. To akurat najbardziej przerażające w całej sprawie.
Drugi zegar, o którym się nie mówi
Dla większości facetów lista z poprzedniego akapitu kończy się na pracy i mieszkaniu. Dla mnie i pewnie wielu innych gejów dochodzi trzeci punkt, którego nie ma w żadnym kalendarzu, a mimo to tyka nieco głośniej niż reszta.
Moja mama nigdy wprost nie zapytała, kiedy w końcu „się ustawię”. Nie musiała. Wystarczyło, że przy każdej rozmowie telefonicznej znajdowała miejsce na wzmiankę o synu sąsiadki, który właśnie kupił dom pod Krakowem z narzeczoną, albo o kuzynce, która urodziła drugie dziecko. Nigdy złośliwie. Zawsze mimochodem, jakby to były zwykłe nowiny z rodzinnego miasta, a nie precyzyjnie wymierzone porównanie. I działało, bo przecież nie miałem co odpowiedzieć – nie było domu pod Krakowem, nie było dziecka, było mieszkanie na wynajem w Londynie i facet, którego nazwisko trudno jej było wymówić.
Więc kiedy inni faceci po trzydziestce czują, że nie dogonili rówieśników w tej jednej, powszechnej wersji dorosłości, ja czuję to podwójnie. Bo obok zwykłego zegara – praca, stabilność, plan na kolejne pięć lat – tyka drugi, ustawiony przez ludzi, którzy w ogóle nie wiedzieli, że biorą udział w wyścigu. Rodzina mierzy mnie linijką zrobioną z cudzego życia, które nigdy nie było moją opcją, a ja i tak co jesień sprawdzam, ile mi brakuje do kreski.
Kto w ogóle wymyślił ‚ogarnięte życie”
W pewnym momencie, gdzieś między trzecią kawą a czwartym scrollowaniem tej samej wiadomości od mamy bez odpisywania, zadałem sobie pytanie, które powinienem był zadać dużo wcześniej – kto właściwie ustalił, jak wygląda ogarnięte życie, i dlaczego akurat jemu wierzę bardziej niż sobie.
Bo jak się to sprawdzi z bliska, ogarnięte życie okazuje się fikcją napisaną przez komitet, który nigdy się nie spotkał. Kawałek od rodziców z lat osiemdziesiątych, dla których „ustawiony” znaczyło konkretnie: dom, żona, dzieci, w tej kolejności, bez pytań. Kawałek ze zdjęć z social mediów, którymi akurat za bardzo się nie przejmuję, ale przejmują się inni, więc i tak wraca rykoszetem przy każdej okazji rodzinnej. Kawałek od tego wyimaginowanego faceta z wózkiem, którego widziałem przez może przez cztery sekundy i o którym nie wiem kompletnie nic – A może pół godziny wcześniej pokłócił się z partnerem o pieniądze, może to był najgorszy dzień jego roku. Nie wiem. Zbudowałem sobie z tego cudzą normę i kazałem się jej trzymać, mimo że żaden z autorów tej normy nie żyje moim życiem ani jednego dnia.
Nie znaczy to że presja znika kiedy się ją nazwie. Mama i tak zadzwoni w niedzielę i wspomni o synu sąsiadki. Deszcz i tak będzie padał od czwartej po południu przez najbliższe pięć miesięcy. Ale jest różnica między czuciem zegara, który faktycznie coś mierzy, a czuciem zegara, który ktoś mi wręczył bez pytania, czy w ogóle chcę go nieść.
Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie
Tamten facet z wózkiem. Znowu wracam do niego, bo nie daje mi spokoju, mimo że widziałem go przez może cztery sekundy i pewnie nigdy więcej nie zobaczę. Zbudowałem sobie z tego jednego obrazka całą historię – stabilny związek, ogarnięte życie, człowiek, który wszystko poukładał, zanim skończył trzydzieści pięć lat. A prawda jest taka, że nie wiem o nim kompletnie nic. Może w tej kuchni z żółtym światłem czeka na niego kłótnia, której nie chce mieć. Może wraca do mieszkania w którym już od miesięcy nikt się do siebie nie odzywa. Może tamta torba z zakupami waży więcej niż powinna, bo pieniędzy jest mniej, niż powinno. Nie mam pojęcia. Widziałem tylko strzępek, cztery sekundy życia w bramie, i z tego strzępka zrobiłem sobie linijkę, którą potem przyłożyłem do własnego życia.
Tak to chyba działa u każdego, nie tylko u mnie. Nikt nie chodzi po ulicy z tabliczką, na której wypisane są jego długi, bezsenne noce, terapia, o której nie mówi nawet rodzinie, albo związek trzymający się już tylko na słowo honoru, bo rozstanie byłoby bardziej skomplikowane niż zostanie. Widzimy fragmenty. Najlepsze ujęcia z czyjegoś Instagrama, plotkę, która nigdy nie była do końca prawdą, albo najczęściej po prostu własne domysły, które nie mają nic wspólnego z tym, co naprawdę się u kogoś dzieje. Każdy dźwiga coś swojego, tylko nie każdy pokazuje to na zewnątrz, i to akurat nie jest fałsz z niczyjej strony – po prostu nikt nie chodzi z tym otwarcie.
Więc może całe to liczenie, ile komu brakuje do kreski, jest liczeniem czegoś, co w ogóle nie istnieje. Bo nie ma jednej linijki. Nie ma szablonu, do którego życie musi pasować, żeby zostać uznane za udane – związek, dom, dziecko, cokolwiek. Jest tylko pytanie, czy Ja jestem zadowolony z tego co mam, a nie czy pasuję do obrazka, który sobie wymyśliłem na podstawie czyjejś kuchni widzianej przez uchylone drzwi.
To nie jest wyścig. Nikt inny nie przeżyje mojego życia za mnie, tak jak ja nie przeżyję niczyjego. Więc może w tym cały sens – przestać liczyć, ile mi brakuje do innych, i zapytać siebie wprost, czy to, co mam, mi wystarcza. Czy jak już wywalę to bezsensowne mierzenie się z innymi to czy jednak może będę zadowolony z obecnego stanu. Nie wiem jeszcze, jak brzmi odpowiedź. Ale to chyba już jest właściwe pytanie.