Chciałem go mieć. Chciałem nim być.

Zoomujesz zdjęcie, robisz to pięćdziesiąty raz w tym tygodniu i mówisz do siebie pod nosem – ‚ale przystojny’. Sam robiłem to setki razy. Scrolluję instagrama, zatrzymuję się na jakimś idealnie przyciętym zaroście, na klacie, uśmiechu, który wygląda jakby ktoś go wyreżyserował, na oczach, które hipnotyzują nawet przez ekran telefonu. I od razu przychodzi ta myśl, tak oczywista że nikt jej nawet nie kwestionuje – chciałbym mieć takiego faceta. Każdy chciałby mieć.

Lata temu zacząłem się nad tym zastanawiać dłużej niż przez te trzy sekundy zachwytu. Rozłożyłem to na części pierwsze, bo coś mi nie pasowało w tej całej reakcji. I w końcu do mnie dotarło, że wcale nie chciałem mieć takiego faceta.

Ja chciałem taki być!

Pamiętam upalny lipiec, ze dwa lata po przeprowadzce do Londynu. Impreza na tarasie u kogoś, kogo ledwo znałem, impreza u znajomych znajomych. Trzydzieści stopni, skwar że piwo grzało się szybciej niż ktokolwiek zdążył je wypić, i w pewnym momencie ktoś krzyknął że idziemy do wody, bo w ogrodzie stał ten mały nadmuchiwany basen – śmiesznie mały jak na dorosłych ludzi, ale nikogo to nie obchodziło.

Jeden z gości po prostu ściągnął koszulkę przez głowę, jednym ruchem, bez zastanowienia, jakby to było najbardziej naturalne co może zrobić ciało, filmowym rozmachem w slow motion. Miał dokładnie taką budowę, o jakiej pisałem wyżej – nie umięśniony jak z okładki. Bez sześciopaka, solidny, z lekko widocznym brzuchem, taki którego chce się dotknąć, a nie tylko obejrzeć. Rzucił koszulkę na krzesło i wskoczył do tego głupiego basenika, a woda rozlała się po połowie tarasu.

Ja zostałem w koszulce. Powiedziałem coś o tym, że nie bo potem będzie mi zimno, i chyba nikt nawet się nie zorientował, bo nikogo to i tak nie obchodziło tak bardzo jak mnie. Ale ja stałem tam z piwem w ręku i patrzyłem na niego w tej wodzie, i czułem coś, czego wtedy jeszcze nie umiałem nazwać. To nie była zazdrość w sensie „chciałbym go mieć” w typowo hedonistycznym znaczeniu. To było bliżej wstydu. Jakby jego ciało było realnym dowodem na to czego mojemu brakowało.

Nikt mnie nie zmuszał do zdjęcia koszulki. Sam to sobie zrobiłem, tym jednym zdaniem o zimnie, którego nikt nie kupił, bo skąd niby zimno przy trzydziestu stopniach. Wróciłem do domu tego wieczoru i chyba po raz pierwszy powiedziałem to na głos, do siebie, w łazience – kurwa, dlaczego ja nie mogę tak po prostu zdjąć koszulki bez poczucia żenady.

Byłem chudy. Zawsze. Przez całe dzieciństwo potem nastoletnie lata, przez moja dwudziestkę, kiedy inni w końcu „nabierali ciała” ja nadal wyglądałem jak ktoś, kto zapomniał dorosnąć. Szczyl z rzeżuchą na brodzie.

I dlatego mój typ przez lata to był facet z lekkim brzuszkiem, dobrze zbudowany, ciut ubity. Z burzą włosów na brodzie. Nie przypadkiem. To dokładnie to, czego sam nigdy nie miałem.

Dopiero po latach – będę szczery, wcale nie było to jakieś olśnienie tylko powolne żmudne dochodzenie do jakiejś klarownej konkluzji myśli – a potem zacząłem to łapać w locie. Teraz jak widzę przystojnego faceta to we mnie od razu zapala się lampka kontrolna – o, to jest dokładnie to, czego mi brakuje. Nie w sensie „chcę go mieć”. W sensie „to jest kierunek, w którym chcę iść”.

Różnica jest brutalnie prosta, tylko że dotarcie do niej zajęło mi zdecydowanie za dużo lat.

Może warto się czasem zatrzymać przy tym zdjęciu, zanim zdąży się westchnąć. Sprawdzić, co dokładnie w tym facecie tak przyciąga wzrok – bo może to wcale nie jest zachwyt. Może to podpowiedź od naszego wewnętrznego ‚ja’, które od dawna próbuje coś zakomunikować, tylko że nie słuchamy, bo łatwiej przewinąć dalej i westchnąć do następnego zdjęcia. Nie wiem, czy da się to złapać za każdym razem. Ja sam nadal czasem tylko wzdycham, zanim przypomnę sobie, że powinienem zapytać samego siebie, nad czym właściwie mógłbym popracować, zamiast marzyć, żeby to mieć w formie innego faceta

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.