Wczoraj po pracy wziąłem psa na spacer. Standardowo, brzegiem rzeki, pięćdziesiąt metrów od domu – trasa, którą znam na pamięć, którą przechodzę tyle razy, że mógłbym ją przejść z zamkniętymi oczami. Nic się nie wydarzyło. Żadnej złej wiadomości, żadnej kłótni, żadnego powodu. A mimo to szedłem tą samą ścieżką i miałem wrażenie, że ktoś ściszył kolory o jeden stopień – rzeka wyglądała tak samo, tylko jakby trochę bardziej wyblakła, jakby ktoś zdjął z niej warstwę połysku.
Gdzieś w połowie trasy wpadła mi do głowy myśl, z nikąd, bez zaproszenia: czy to już wszystko, co w życiu mnie czeka? Pytanie tak niedorzeczne jak wróżenie z fusów – bo przecież nic w moim życiu się nie zmieniło od poprzedniego, zupełnie zwyczajnego dnia. A jednak to jedno zdanie wytrąciło mnie z wewnętrznej równowagi na resztę dnia. Może to była tylko chęć, żeby się nad sobą trochę poużalać bez konkretnego powodu. Nie wiem. I to jest chyba ‚clou’ sprawy – że czasem nie da się tego ani troche rozłożyć na czynniki pierwsze.
Ty pewnie znasz to uczucie z własnej wersji – na spacerze, przy porannej kawie, w drodze do pracy. Wszystko jest w porządku, a mimo to masz wrażenie, że ktoś w nocy wyczerpał Ci baterię o połowę.
Pierwsza rzecz, którą robisz, to szukasz powodu. Musi być jakiś powód, prawda? Może to pogoda. Może źle spałeś. A może to ten mail, który przeczytałeś wczoraj i o którym niby zapomniałeś. Przeszukujesz ostatnie dwa dni jak miejsce zbrodni, licząc, że znajdziesz dowód, który uzasadni to, co czujesz. I często go nie znajdujesz. A brak dowodu kłuje prawie tak samo jak sam smutek – bo skoro nie ma powodu, to znaczy chyba, że coś jest ze mną nie tak.
Nie jest.
Nastrój nie zawsze prosi o pozwolenie. Czasem przychodzi jak pogoda – nie dlatego, że coś zrobiłeś źle, tylko dlatego, że organizm i głowa mają swoje cykle, których nie kontrolujesz siłą woli. Nikt nie pyta chmury, dlaczego akurat dziś zasłania słońce. A jednak od siebie oczekujemy, że każdy gorszy dzień musi mieć uzasadnienie, inaczej nie ma prawa się wydarzyć.
Tego dnia najtrudniejsze nie jest samo uczucie. Najtrudniejsze jest to, że musisz dalej funkcjonować, jakby nic się nie działo. Odpisać na wiadomości. Uśmiechnąć się do kogoś w pracy. Ugotować obiad, chociaż gotowanie nagle wydaje się zadaniem na miarę wspinaczki. A może to zmęczenie, które nie wynika z braku snu, tylko z tego, że przez cały dzień grasz siebie sprzed tygodnia, kiedy jeszcze wszystko szło łatwiej.
Nie musisz mieć dobrego dnia, żeby ten dzień się skończył. On i tak się skończy. Zasuniesz zasłony, zamkniesz oczy, a jutro może być inaczej – nie dlatego, że coś naprawiłeś, tylko dlatego, że takie dni rzadko trwają w nieskończoność.
I chociaż wydaje Ci się, że siedzisz w tym sam, wcale tak nie jest. Gdzieś w tym samym mieście, może w tym samym budynku, ktoś inny dziś rano też patrzył w sufit, zanim wstał, i też nie potrafił powiedzieć dlaczego. Miliony ludzi dźwigają tę samą niewidoczną baterię o połowę słabszą, tylko nikt o tym nie mówi głośno, bo brakuje słów, które nie brzmiałyby jak skarga bez powodu. Nie masz obowiązku tłumaczyć się z tego, co czujesz. Wystarczy przetrwać ten jeden dzień. Reszta zwykle jakoś się układa.
Gorszy czas minie, a wtedy ten sam spacer będzie dużo bardziej przyjemny.
PolubieniePolubienie