Wtorek. Środek dnia, nic specjalnego. Stoję w kolejce do kasy samoobsługowej w Tesco na Essex Road, torba już w ręku, telefon w kieszeni brzęczy trzeci raz z rzędu. Kasa piszczy „unexpected item in bagging area”, jakiś facet za mną wzdycha głośno, jakby to był mój osobisty grzech. Wyciągam telefon żeby to uciszyć i widzę jedno pod drugim: przypomnienie że rachunek za prąd wychodzi jutro, powiadomienie z kalendarza o telefonie z księgowym, którego wolałbym uniknąć, i wiadomość od znajomego z trzema słowami „no i co tam”, na które akurat teraz nie mam siły odpowiedzieć. Nic z tego osobno nie jest problemem. Razem, w kolejce, przy piszczącej kasie, jest dramatem
Odkładam telefon do kieszeni, płacę, wychodzę i myślę sobie zupełnie serio – potrzebuję dzisiaj bajki. Nie artykułu, nie podcastu o tym jak radzić sobie ze stresem, nie kolejnego threada z życiowymi radami. Bajki. Czegoś, co nie musi być prawdziwe, żeby było prawdziwe w sposób, który akurat jest mi teraz potrzebny. Potrzebuje mentalnego komfortu.
New River Walk jest jakieś dziesięć minut piechotą od Tesco, wąski pas zieleni i wody wciśnięty między domy, o którym większość ludzi w Islington nawet nie wie, że istnieje. Idę tam czasem, kiedy potrzebuję ciszy i spokoju. Na jednej z ławek siedzi starszy mężczyzna w płaszczu zdecydowanie za ciepłym jak na ta porę roku, termos obok niego a gołębie kręcą się przy jego butach jakby znały go z imienia.
Wolne miejsce jest tylko tam, obok niego. Siadam wiec, mówię dzień dobry, on odpowiada, i przez chwilę nic się nie dzieje, tylko gołębie i szum drzew. Potem, bez żadnego wstępu, jakby kontynuował rozmowę sprzed pięciu minut, mówi:
– Kocham to miejsce. Przychodziłem tu z kimś, dawno temu.
Nie pytam z kim ale on i tak mówi dalej, głosem człowieka, który już dawno przestał się przejmować tym, kto i czy w ogóle słucha.
– Rok sześćdziesiąty piąty. Może szósty, już mi się miesza – Uśmiecha się do tego, jak do żartu, którego nikt inny nie zrozumie.
– Wtedy to jeszcze była zbrodnia, wiesz. To, co czułem. Miałem dwadzieścia trzy lata i musiałem się nauczyć mówić o nim tak, żeby nikt się nie zorientował, że mówię o mężczyźnie.
– Nazywał się Thomas. Pracował w drukarni na Old Street, przychodził czasem z farbą drukarską pod paznokciami, której nie dawało się do końca zmyć, ja wtedy pracowałem w banku, więc spotykaliśmy się tylko wieczorami, i to nie zawsze u mnie, zresztą u niego tez nie, bo sąsiedzi mieli oczy i języki. – Zatrzymuje się, jakby sprawdzał, czy to jeszcze ma sens komuś opowiadać.
– Ale raz, latem, wzięliśmy koc, szorstki, wojskowy, pożyczony od kogoś, i przyszliśmy tutaj, po zmroku, kiedy nikogo nie było. Siedzieliśmy tam.- Wskazuje głową na kawałek trawy przy wodzie, teraz ogrodzony niską barierką, której wtedy pewnie nie było.
– Było ciepło, ale wilgotno, taki angielski sierpień, i słychać było wodę bardziej niż widać, bo księżyc był w nowiu tamtej nocy. Nie trzymaliśmy się za ręce, bo to i tak było zbyt ryzykowne nawet w ciemności. Ale siedzieliśmy blisko, na tyle blisko, że czułem ciepło jego ramienia przez rękaw koszuli. I on powiedział, że gdyby mógł, ożeniłby się ze mną tam, na tej trawie, przy tej wodzie, i miałby to gdzieś, czy ktos patrzył.
Przez chwile uśmiecha się do tego wspomnienia, ale uśmiech mu się urywa w połowie, tak nagle, że gołąb przy jego stopach aż się cofa, jakby też to zauważył.
– Powiedziałem mu wtedy, że kiedyś to będzie możliwe. Że nie wiem kiedy, ale będzie. On się roześmiał, nie ze złośliwości, tylko dlatego, że w to nie wierzył. Powiedział, że ja jestem marzycielem, a on realistą, i że to dlatego się uzupełniamy.
Milczy chwilę, wodzi wzrokiem po wodzie, jakby tam, w ciemnej, wolno płynącej wstędze rzeki, wciąż był tamten sierpień.
– Miał rację, że to nie stanie się szybko. Ale się mylił co do tego, że w ogóle się nie stanie.
– Rok później dostał list z Ohio. Jego matka, rak, ostatnie stadium, ojciec już nie żył, nie było nikogo innego, kto by się nią zajął – Bierze łyk z termosu, dłoń mu lekko drży, ale to może być tylko wiek, nie wzruszenie.
– Wyjechał w ciągu dwóch tygodni. Zdążyliśmy się pożegnać tylko raz, na Euston, na peronie, w tłumie ludzi, gdzie mogliśmy sobie uścisnąć dłonie, nic więcej, jak dwaj koledzy z pracy.
Milknie na chwilę dłuższą niż poprzednie.
– Pisaliśmy do siebie. Najpierw co tydzień, długie listy, on opisywał Ohio, kukurydzę po horyzont, matkę która coraz mniej go poznawała. Potem raz na miesiąc. Potem przyszła kartka bożonarodzeniowa bez adresu zwrotnego, tylko podpis, Thomas, i tyle – Zawiesza głos, jakby to „i tyle” nie było do końca prawdą.
– Tylko że to nie była zwykła kartka. Sam ją wydrukował, na jakiejś starej prasie, pewnie takiej samej, na której robił korekty w Old Street. Widziałem to po czcionce i po tym, jak litery delikatnie rozmazywał na krawędziach, tak jak w robocie, którą robił po godzinach, kiedy nikt nie patrzył. – Uśmiecha się teraz inaczej niż wcześniej, bez cienia.
– Człowiek, który miał czas i pieniądze, żeby kupić kartkę w sklepie za centa, nie siada do prasy o północy, żeby wydrukować jedną, jedyną kartkę dla kogoś na kim mu już nie zależy. Robi to dla kogoś, komu wciąż chce coś powiedzieć, tylko nie ma już jak.
– Napisałem jeszcze trzy listy po tym. Żaden nie wrócił, ale żaden też nie dostał odpowiedzi.
– Nie wiem, czy matka umarła i on został tam z jakiegoś innego powodu. Nie wiem, czy poznał kogoś. Nie wiem nawet, czy jeszcze żyje, miałby dziś z osiemdziesiąt parę lat, jak ja. – Wzrusza ramionami, ale to nie jest gest obojętności, to gest kogoś, kto dawno przestał szukać odpowiedzi, bo szukanie bolało bardziej niż ich brak. Patrzy na mnie po raz pierwszy od dłuższej chwili, jakby chciał być pewny że dobrze to zapamiętam, i mówi już tak jak to sobie pewnie powtarzał tysiące razy przez czterdzieści lat: „Forty years of not knowing, and you just bloody learn that not knowing isn’t the same as losing him.”
Siedzimy tak jeszcze chwilę, on i ja, gołębie i woda, i nie wiem, co powiedzieć, więc nie mówię nic, co chyba jest najlepsze co mogę w tym momencie zrobić. W końcu wstaje, zbiera termos, mówi „miłego dnia” tym samym tonem, którym zaczął, jakby przed chwilą nie oddał mi sześćdziesięciu lat swojego życia, i odchodzi ścieżką wzdłuż wody, trochę wolniej nawet niz ktoś kto sie nigdzie nie spieszy.
Nie zapytałem go, jak się nazywa. On mnie też nie zapytał.
Wracam do domu tą samą drogą co zawsze, mijam Tesco, ten sam wieczorny tłum na Essex Road, i myślę o tej wydrukowanej własnoręcznie kartce, którą ktoś zrobił o północy w kraju, w którym akurat się znalazł, dla mężczyzny, którego pewnie już nigdy nie miał zobaczyć. To nie jest dowód na nic, żaden sąd by tego nie przyjął. Ale wystarczy, żeby przechylić szalę. Thomas nie zniknął z obojętności. Zniknął, bo życie czasem zabiera ludzi w miejsca, z których nie da się już wrócić, i to nie to samo co przestać kochać.
Nie wiem, czy to jest bajka z happy endem. Chyba nie. Ale przez chwilę na tej ławce nie potrzebowałem happy endu. Potrzebowałem tylko wiedzieć, że dwudziestotrzyletni chłopak w ’65 na tej trawie, przy tej wodzie, miał rację. Że kiedyś to się stanie. I stało się, tylko nie dla niego.