35 stopni. Sala bez klimy, trzeci dzień z rzędu. Ktoś obok mnie wachluje się skoroszytem, ktoś inny co chwilę wychodzi „na papierosa”, chociaż nie pali -po prostu potrzebuje pięciu minut bez tego powietrza, które stoi w miejscu jak wszystko inne w tej sali. Ja siedzę i próbuję ogarnąć wzór, który przed chwilą tłumaczył prowadzący. Nie ogarniam. Trzy razy przeczytałem to samo zdanie i trzy razy wyleciało mi z głowy, zanim doszedłem do kropki.
Tak wyglądał mój tydzień, bo od powrotu do starej-nowej pracy właściwie nie miałem wolnego. Szkolenia, kursy, certyfikaty, bo trzeba być „up to date” ze wszystkim, co się kiedyś już umiało. Ten ostatni kurs zaliczyłem na 85%. Zdałem. I mam z tego powodu dziwne, nieprzyjemne poczucie, że to zaliczenie było jednak naciągane.
Bo w tej sali, w tym upale, próbowałem łączyć matematyczne funkcje z korelacjami między rozdziałami, składać w głowie te wszystkie „jeśli x, to y, to z” – a mózg po prostu odmawiał współpracy. Nie dlatego że jestem głupi (choć tego też nie wykluczam). Ale dlatego że w 35 stopniach mózg nie myśli, on egzystuje. I ja też po prostu egzystowałem. Ale czy ja to umiem? Czy po prostu miałem szczęście, że akurat na teście trafiły się pytania, na które udało mi się skojarzyć odpowiedź na chłopski rozum? Nie wiem. I to „nie wiem” siedzi we mnie mocniej niż te 85% na papierze.
Zresztą ten kurs od początku mi nie leżał. Są rzeczy, w których czuję się pewnie, i są takie, przy których od pierwszej godziny wiem, że będę je robił na wyczucie, nie na wiedzy. To był ten drugi typ.
Zawsze mnie zastanawia. Od paru lat wszystkie tego typu szkolenia specjalizacyjne prowadzą byli wojskowi RAF-u. Faceci, którzy w przerwach – bo wiadomo zawsze są przerwy, zawsze ktoś pyta „a wy tam, w wojsku, to jak to było” – opowiadają o strzelaninach, o wybuchach pocisków, o akcjach z adrenaliną, przy której nasze biurowe problemy wyglądają jak żart. Siedzę więc w sali bez klimy, ucząc się korelacji między rozdziałami procedur, a dwa krzesła dalej ktoś, kto naprawdę widział, jak wygląda cieńka linia między życiem a śmiercią, tłumaczy mi, dlaczego mam wypełnić formularz w konkretnej kolejności. Jest w tym jakiś rozdźwięk, którego nie umiem do końca nazwać. Może to, że oni przeszli przez coś, co miało realne stawki, a teraz uczą ludzi bać się audytu i pamiętac zeby w polu 64 wpisać odpowiednie dane.
To było moje ostatnie brakujące szkolenie. Na szczęście. Od przyszłego tygodnia zaczynam pracować już sam, bez kolejnego kursu na horyzoncie, bez sali bez klimy, bez cudzych opowieści o wojnie w tle. Powinienem czuć ulgę i chyba trochę czuję ale głównie czuję zmęczenie. Brak stabilnych dni wolnych, godziny, które teraz nie mają większego sensu, bo jeszcze nie wpasowały się w żaden rytm.
Nie wiem, jak będzie wyglądał ten nowy tydzień. Zobaczymy.
Można coś zaliczyć na 85%, mieć certyfikat i jednocześnie nadal nie mieć pewności czy faktycznie się to umie. Papier mówi jedno, a praktyka potrafi bardzo szybko zweryfikować drugie.
Nie wiem co to za branza ale bardzo sformalizowana – nie będę nawet probowal zgadywac konkretniej. Ogolnie dużo procedur i regulacji do wykucia na pamięć – nie zazdroszczę.
Dobrze znam to uczucie, ten kontrast między wiedzą praktyczną, a realnym doświadczeniem, faktycznym działaniem i całą warstwą biurokratycznych procedur. Mam wrażenie, że w korporacjach wygląda to bardzo podobnie tzn. dużo struktur, hierarchii, regulacji, obowiązkowych szkoleń i certyfikatów, które trzeba zaliczać niekoniecznie dlatego, że rzeczywiście czegoś nowego się uczysz, ale dlatego, że bez tego formalnie nie możesz dalej wykonywać swojej pracy.
Człowiek więc ciągle się nagina: do procedur, systemów, kolejnych wymagań i terminów a przy tym niby uczy się samej pracy, ale też tego, jak poruszać się w tych wszystkich zasadach i jak je omijać albo interpretować na tyle sprytnie, żeby zrobić to, co faktycznie trzeba zrobić, a jednocześnie nie wpaść na minę formalności. Osobiscie mam czasem mam wrażenie, że właśnie ta umiejętność „mądrego obchodzenia zasad” staje się twoją nowa kompetencją.
PolubieniePolubienie