Pada. Pierwszy raz od pięćdziesięciu trzech dni.
Nie liczyłem tego w żadnej aplikacji, z dumą amatora statystyk sprawdzającego wykresy. Po prostu w pewnym momencie dotarło do mnie, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz słyszałem ten dźwięk na parapecie. Londyn niby zbudował swoją tożsamość na deszczu, a potrafi mnie zaskoczyć suszą ciągnącą się prawie dwa miesiące. I nagle, bez zapowiedzi, bez żadnej ceremonii – niebo się otwiera i wszystko pachnie inaczej.
Liście na drzewie za oknem zaczynają żółknąć po brzegach. Jeszcze nie widowiskowo, nie tak jak w połowie października, ale wystarczająco, żebym zauważył to idąc rano do pracy. Przyroda robi swoje – powoli się wycofuje, oszczędza, przygotowuje. Coś we mnie robi dokładnie to samo za każdym razem, kiedy to widzę. Tylko że ja nie bardzo wiem, do czego się przygotowuję.
Coś, czego nie umiem nazwać inaczej niż nostalgią
To uczucie wraca w konkretnym momencie roku i nigdy nie pytało mnie o zdanie. Nie jest smutkiem, na pewno nie. Przyjemnością też nie – choć czasem próbuję sobie je tak sprzedać. Bardziej jak mgła. Otula wszystko, zamazuje kontury, sprawia że rzeczy które normalnie widzę wyraźnie, nagle widzę jakby przez zaparowaną szybę.
Długo myślałem, że to przypadek. Że po prostu taki jestem, że jesień działa na mnie jak spust bez konkretnej przyczyny. Aż w końcu skojarzyłem to z czymś bardzo konkretnym.
Dolina Muminków w listopadzie
Miałem kilkanaście lat, kiedy pierwszy raz wziąłem tę książkę do ręki. I zrobiłem to, rzecz jasna, jesienią – jakaś wewnętrzna logika mi to podpowiadała, wtedy nie umiałem jej nazwać, teraz też nie do końca umiem. Tove Jansson napisała historię o świecie, który się kończy, o mieszkańcach Doliny czekających na powrót Muminków, o tęsknocie bez adresata. Czytałem to w swoim pokoju, popołudniami które robiły się coraz krótsze, i czułem – ta książka rozumie coś, czego ja jeszcze nie potrafię ubrać w słowa.
Nigdy jej nie skończyłem.
Nie z lenistwa. Nie dlatego że mnie znudziła. Odkładałem ostatnie strony, bo wiedziałem ze kiedy je przeczytam, książka się skończy na dobre, bez odwrotu. A ja nie byłem gotowy na takie zakończenie. Wmówiłem sobie, że przeczytam ‚kiedyś’ – kiedy będę gotowy, kiedy pozwolę sobie na ta definitywność. To ‚kiedyś’ trwa już ponad dwadzieścia lat.
Do dziś nie wiem, jak ta historia się kończy.
Zamglone tak samo jak pogoda za oknem
I chyba to właśnie zostało mi z tamtych lat. Nie treść książki, bo tę pamiętam już tylko strzępkami – sceny bez kontekstu, nastroje bez fabuły. Zostało konkretne uczucie że jesień to pora rzeczy niedokończonych, że coś się zbliża do końca, ale się nie kończy, bo na to jeszcze nie pozwoliłem.
Wspomnienia z tamtego okresu są dokładnie tak samo rozmyte jak to deszczowe niebo. Szczegółów nie odtworzę. Pamiętam nastrój bardziej niż fakty. I to chyba jakoś spójne – mgła pamięci i mgła za oknem, jedno odbicie drugiego.
Lato, które zawsze kończy się za wcześnie
No i jest jeszcze jedna rzecz, którą jesień mi co roku przypomina i za którą mega jej nie lubię- że lato się skończyło.
Nieważne jak długo trwało. Nieważne, ile razy obiecywałem sobie, że tym razem wykorzystam je w pełni, że nie będę znowu żałował straconych weekendów. Zawsze zostaje ten sam niedosyt. Jakbym zbliżał się do dna szklanki, wiedząc że to ostatni łyk i próbował przeciągnąć go w nieskończoność – mimo że wiem, że przecież się nie da.
Może to w ogóle nie jest tylko o lecie. Może chodzi o każdą rzecz, która musi się skończyć, a której koniec zawsze przychodzi za wcześnie, bez względu na to, ile faktycznie trwała.
Może kiedyś jednak przeczytam te ostatnie strony muminkow. Nie dziś. Ale może ten deszcz, który w końcu spadł po pięćdziesięciu trzech dniach, to jakiś znak – że da się przyjąć koniec bez katastrofy.
Zastanawia mnie ile osób nosi w sobie własną, niedoczytaną Dolinę Muminków. Coś, czego zakończenie odkłada się latami, bo definitywność wydaje się gorsza od niepewności. Może tego się nie da naprawić. Może po prostu trzeba się z tym nauczyć żyć, aż pewnego dnia – nie wiadomo, którego – zakończenie samo przyjdzie.