Wraca metrem do domu i jeszcze na peronie odtwarza w glowie sobie cały wieczór. Piwo przy barze, śmiech w odpowiednim momencie i ta chwila kiedy dłonie dotknęły się na sekundę dłużej niż zwykle trzeba. Pisze wiadomość zanim pociąg wjedzie do tunelu: „Dzięki za dziś, powtórzymy?” Odpowiedź nie przychodzi ani tego wieczoru, ani następnego ani newet następnego dnia. Po tygodniu sprawdza profil. A tam konto zablokowane.
Znam tą scenę z obu stron. Pierwszy odruch po czymś takim jest zawsze ten sam. Wina leży po drugiej stronie. I tak on był jakiś dziwny. Musiał mieć kogoś innego. Pewnie w ogóle nie szukał niczego poważnego, tylko się bawił.
Ludzie piszą o tym w grupach na Facebooku, na Reddicie, w wiadomościach do znajomych, i za każdym razem wychodzi to samo: ghosting, blokada, zero odpowiedzi, a winny jest tylko ten, kto zniknął. Rzadko ktoś zada sobie pytanie, które naprawdę niemiło usłyszeć. Co ja właściwie zrobiłem, że ta osoba wolała zniknąć, niż powiedzieć wprost „dziękuję, ale nie”?
Bo prawda bywa zgola inna niż nam wygodnie myśleć.
Druga strona często nie chce drugiej randki nie dlatego, że jest zepsuta, wyrafinowana czy niezdolna do uczuć. Wyczuwa coś znacznie prostszego. Desperację. Oczekiwania, które pojawiają się o kilka randek za szybko. Ten nieprzyjemny ciężar, kiedy trzeba się na coś wbrew woli decydować, coś obiecać, coś określić, zanim w ogóle zdążyło się poznać drugiego człowieka.
Widziałem to z bliska. Ktoś przy drugim piwie pyta, czy to może być „to coś”, opowiada, jak wyobraża sobie wspólne święta, rzuca żartem „muszę cię poznać z moją mamą”, który wcale nie jest żartem.
Nazajutrz przychodzi wiadomość o dziewiątej rano, potem o dwunastej, potem wieczorem pytanie, czy coś się stało, skoro nie odpisał od trzech godzin. Nic dziwnego, że tydzień później nikt nie odbiera. To nie jest kwestia charakteru. To kwestia tempa, którego druga osoba jeszcze nie jest gotowa przyjąć.
I tu chcę być uczciwy też w drugą stronę, bo serio – rozumiem tą desperację. Ktoś, kto był sam zbyt długo, w końcu widzi światełko w tunelu. Po miesiącach albo nawet latach ciszy, po wieczorach spędzonych sam że sobą ze scrollowaniem aplikacji bez żadnego skutku, jedna udana randka potrafi naprawdę urosnąć w głowie do rozmiarów, jakich nie powinna mieć. Głód emocjonalny działa dokładnie tak. Człowiek chwyta się nawet najmniejszej szansy, żeby znowu poczuć czyjeś ciepło, żeby na chwilę przestać być sam w mieszkaniu, w którym nikt na niego nie czeka.
To zupełnie zrozumiałe. Sam kiedyś, po rozstaniu, po pierwszej udanej rozmowie z kimś nowym, planowałem w głowie rzeczy, o które ten ktoś w ogóle mnie nie zapytał.
Tylko że zrozumiałe nie znaczy skuteczne. I właśnie to jest ten moment, w którym trzeba się zatrzymać. Ta sama desperacja, która z wewnątrz wygląda jak nadzieja, z zewnątrz wygląda jak coś, przed czym trzeba uciekać i to szybciutko. Nikt nie chce być dla drugiej osoby kołem ratunkowym po latach samotności. Nikt nie chce czuć, że po jednym wieczorze musi już coś obiecywać, żeby nie zranić kogoś, kogo ledwo poznał.
Dlatego te emocje trzeba dawkować, nawet jeśli boli to bardziej niż samo czekanie na odpowiedź. Nie chodzi o udawanie obojętności ani o wykalkulowana grę, w której trzeba się schować za dystansem. Chodzi o coś prostszego i trudniejszego zarazem: dać drugiej osobie czas, zanim zacznie się cokolwiek nazywać. Pierwsza randka nie jest wyścigiem, na którym trzeba zdobyć maksymalną liczbę punktów w ciągu dwóch godzin.
Jest pierwszym zapoznaniem. Ma prawo być co najwyżej tylko dobra, nic więcej. Nie wiem, czy da się tego nauczyć na zawołanie, zwłaszcza kiedy człowiek naprawdę czeka na kogoś od dawna. Można to sobie powtarzać, wypisywać na kartce, obiecywać przed kolejnym wyjściem, że tym razem będzie inaczej, a i tak w połowie wieczoru poczuć, jak w środku znowu rośnie to samo pytanie: czy to już jest to, czy to ten na którego tyle czekałem? Może po prostu trzeba się z tym pytaniem nauczyć siedzieć w milczeniu, zamiast wypowiadać je na głos przy drugim drinku.
„Co ja właściwie zrobiłem, że ta osoba wolała zniknąć, niż powiedzieć wprost „dziękuję, ale nie”? – to kwestia umiejętności i odpowiedzialności za swoje działania. Nie każdemu musi pasować druga osoba, ale minimum przyzwoitości nakazuje grzeczne wytłumaczenie”nie, dziękuję za propozycję kolejnego spotkania, ale nie jestem zainteresowany „.
Pustka w głowie oraz w mieszkaniu w którym nikt nie czeka jest bardzo słaba, a dni/tygodnie uciekają – młodsi nie będziemy. To zrozumiałe, że chwytamy się każdej okazji do tego, aby ten stan zmienić. A pierwsza randka może dawać już początki planów na więcej, mimo że to wizja tylko jednej strony, a do jej realizacji może w ogóle nie dojść. Z tym, że emocje już grają pierwsze skrzypce i tworzą kolejne treści…
PolubieniePolubienie