Łapię się czasem na tym, że w niektórych towarzystwach mój głos schodzi o pół tonu niżej. Sam z siebie. Bez pytania mnie o zdanie. Postawa się prostuje, gesty robią się mniejsze – jakby ciało miało jakiś swój, osobny plan na przetrwanie danego spotkania, o którym mnie nikt nie poinformował.
Zauważyłem to jakiś czas temu, w pracy, w rozmowie z ludźmi, którzy nie wiedzieli o mnie nic poza tym, co widać na pierwszy rzut oka. I zapytałem samego siebie, chyba pierwszy raz na tyle wprost – co ja, kurwa, właściwie w tym momencie odgrywam. Czyj to głos. Na pewno nie mój – nie ten, którym mówię do partnera wieczorem, kiedy nikt nie ocenia.
Z czego się to składa, ta cała „męskość”
Krótka lista, mimo że waży tyle, ile waży. Siła – czyli brak widocznych emocji, płacz jako ostateczność, złość owszem, smutek trzeba przełknąć po cichu. Zarabianie, jako dowód że w ogóle jesteś kimś. Inicjatywa, czyli to ty decydujesz, prowadzisz, bierzesz odpowiedzialność, najlepiej bez pytania nikogo o zdanie. I ta jedna rzecz, chyba najgorsza: nieokazywanie słabości, nawet kiedy słabość akurat byłaby jedyną uczciwą reakcją na to, co się dzieje.
Nikt mi tego nie wykładał na tablicy. Nikt nie usiadł i nie powiedział „synu, oto zasady bycia mężczyzną” – to się wchłania powoli, z rozmów przy stole, z tego jak ojcowie kolegów reagowali na łzy synów, z tego kogo w klasie nazywano „niedorobionym lamusem”. Nikt tego, kurwa, nie projektował świadomie. A mimo to jakoś wszyscy dostaliśmy tę samą instrukcję obsługi, tylko w różnych dawkach.
A jak już jesteśmy przy instrukcji obsługi. Czy facet z siłowni, z bicepsem grubszym niż moje udo, jest przez to bardziej mężczyzną niż ja? Bo jeśli tak, to na jakiej podstawie – siła fizyczna od dawna nie decyduje o tym, czy ktoś utrzyma rodzinę, wygra spór, czy będzie dobrym partnerem w kryzysie. Rzeźbione ciało bywa efektem samodyscypliny. Bywa też efektem próżności, kompleksów, albo zwyczajnie wolnego czasu, na który nie każdego stać. Znam kulturystów, którzy rozsypują się przy pierwszej trudnej rozmowie. Znam chudych, przygarbionych facetów, którzy nie mrugną okiem tam, gdzie ja bym się rozkleił. Mięśnie po prostu widać z daleka. Dlatego chyba tak łatwo pomylić je z resztą.
Wiem, że to tylko konstrukt. Wymyślony, przekazywany z pokolenia na pokolenie jak stary mebel, którego nikt już nie lubi, ale nikt też nie ma odwagi wynieść na śmietnik. Głową rozumiem to od dawna.
Ciało rozumie wolniej. Możesz sobie powtarzać tę tezę setki razy, aż zabrzmi banalnie – a i tak w windzie z kolegami z pracy, przy stole z teściami, na sali gimnastycznej gdzie ktoś nagle rzuca piłkę w twoją stronę, odzywa się nie ta wersja ciebie co to wszystko poukładała, tylko ta starsza. Głębiej wgrana. Wciąż chcąca zdać egzamin.
Gdzie się nie mieszczę – i gdzie, ku własnemu zdziwieniu, jednak się mieszczę
Najprościej byłoby napisać, że odrzuciłem to wszystko, że jestem wolny od tego wzorca, bo przecież jestem gejem, więc z automatu poza systemem, który i tak nie był dla mnie zaprojektowany. Wygodne kłamstwo. Nie napiszę go.
Prawda jest niestety kurwa mniej wygodna. Część tego wzorca siedzi we mnie mocniej, niż bym chciał przyznać. Czuję ukłucie wstydu, kiedy płaczę przy kimś innym niż najbliższa osoba, mimo że wiem – naprawdę wiem – że to absurd. Kiedy nie miałem pracy przez tydzień, czułem że tracę coś więcej niż pieniądze, jakby moja wartość spadała razem z saldem konta. W związku łapię się na potrzebie „prowadzenia” – planowania, decydowania, brania na siebie rzeczy o które nikt nie prosił, bo jakiś głos z tyłu głowy uparcie twierdzi, że to moja rola.
A jednocześnie nie mieszczę się w tym wzorcu tam, gdzie kiedyś uważałem to za swoją słabość. Nie boję się już prosić o pomoc, choć kosztuje mnie to więcej niż powinno. Nie muszę już wygrywać każdej rozmowy. Potrafię też być czuły bez poczucia, że coś mi to ujmuje.
Nie jestem po jednej stronie linii. Jestem porozrzucany po całej mapie.
Presja, która wraca z zewnątrz, nawet kiedy w środku już z nią skończyłem
Mało kto mówi o tym wprost – możesz sobie to przepracować w głowie, dojść w końcu do względnego spokoju, przestać się mierzyć tą miarą – a świat i tak dalej kurwa gra według starych zasad. Presja wraca z zewnątrz, nawet jeśli wewnątrz już z nią skończyłeś.
W pracy, w tych momentach kiedy trzeba „postawić się” w rozmowie, podnieść głos, pokazać że się nie odpuszcza – czuję to samo stare oczekiwanie, tylko teraz w garniturze korporacyjnym zamiast w podwórkowym języku z dzieciństwa. W rodzinie, kiedy pada pytanie w rodzaju „a kto u was w związku jest tym bardziej męskim” – pytanie bez złej woli, czasem nawet z ciekawością ale zakładające że taki podział w ogóle musi istnieć.
To najbardziej wyczerpujące w tej całej sprawie. Nie samo posiadanie resztek starego wzorca – to da się z czasem oswoić (mam nadzieję). Wyczerpujące jest to, że nawet kiedy przestałeś grać w tę grę, świat regularnie próbuje cię do niej wciągnąć z powrotem. Bez pytania o zgodę. Na siłę, za szmaty i jeb – jesteś spowrotem.
Definicja, której tak naprawdę nie ma
Ta cała „męskość”, z którą się mierzę, mierzyłem i pewnie będę się mierzył jeszcze długo, w gruncie rzeczy nie ma jednej, stałej definicji. Każdy odmierza ją własną miarką, skrojoną z tego co wyniósł z domu, z podwórka, z filmów oglądanych w odpowiednim wieku. Co dla jednego jest oczywistym dowodem męskości, dla drugiego bywa jej zaprzeczeniem – a obaj są święcie przekonani, że mówią o tym samym słowie.
I nawet ten „ogólny”, zbiorowy zestaw cech wcale nie jest stały. Mężczyzna z osiemnastego wieku, w peruce i na wysokich obcasach byłby dziś wyśmiany w sekundę – a wtedy to był szczyt męskiej elegancji. Tak samo facet z początku lat dwutysięcznych, z żelem na kolczaste włosy, w podkoszulku o dwa numery za małym, byłby dziś obiektem żartów tylko zupełnie innego rodzaju. Kilka pokoleń różnicy, a „męskie” znaczyło za każdym razem coś innego. Czasem coś wręcz przeciwnego.
Więc może ten cały egzamin, który wciąż gdzieś w sobie zdaję, jest egzaminem z przedmiotu bez ustalonego programu. Nikt mi nie pokaże klucza odpowiedzi, bo taki klucz nigdy nie istniał – są tylko tymczasowe umowy, które ludzie mylą z prawem natury, bo tak wygodniej. Nie wiem, czy to mnie uwalnia, czy tylko przesuwa problem o piętro wyżej. Ale przynajmniej wiem już jedno – że pytanie „czy jestem wystarczająco męski” jest chyba źle zadane od samego początku.
Każdy z nas ma inne wyobrażenia, oczekiwania oraz inne wzorce. U mnie w robocie uważają, że prawdziwy facet musi mieć średnio świeży oddech, trochę przepoconą koszulkę oraz koniecznie używać słów uważanych za niecenzuralne. Nie znaczy to, że tak powinno to wyglądać.
Myślę, że „prawdziwy mężczyzna” powinien posiadać zespół różnych cech, ale – ideałów nie ma (i dobrze).
PolubieniePolubienie
Zdecydowanie, każdy z nas ma bardzo indywidualny obraz. Dla jednych jakiś szereg cech jest wyznacznikiem tej męskości a dla innych jej zaprzeczeniem. Nawet wśród samych mężczyzn bywa że umniejszaniem innemu facetowi podnosi się własną męskość, pokazuje dominacje.
I o ile w kulturze zachodu jest to dość często spotykane to (jeśli się nie mylę) w krajach azjatyckich takie zachowanie jest traktowane nie jako męskość czy dominację a raczej niską inteligencję i nie umiejętność kontroli nad samym sobą.
PolubieniePolubienie
Myślę ze nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, kim jest „prawdziwy mężczyzna”, tak samo jak nie ma jednego przepisu na szczęśliwe życie. Każdy z nas bywa silny i słaby, odważny i pełen lęku, czuły i stanowczy i to wszystko może istnieć jednocześnie. Jak próbujemy dopasować się do jednego, sztywnego wzorca, prędzej czy później zaczynamy czuć, że wciąż nam czegoś brakuje. Może wcale nie chodzi o to, żeby stać się kimś innym, może chodzi o to, żeby przestać udawać kogoś, kim nigdy do końca nie byliśmy.
Napisales o męskości, pomyslalem o czymś znacznie szerszym, o ciągłej potrzebie udowadniania swojej wartości, porównywaniu się z innymi i życiu według tego, co wypada albo co „powinno się” robić. Chyba największym wyzwaniem jest nauczyć się żyć po swojemu i samemu decydować, kim chce się być.
Konkluzja jest taka, ze obaj to mamy 😊 – ty jesteś prawdziwym mężczyzną a ja wartościowym niezależnym i sprawczym facetem.
PolubieniePolubienie
Może właśnie przez to że nie ma jednej prawidłowej odpowiedzi każdy z nas trochę po omacku stara się to odnaleźć choćby namiastkę tej odpowiedzi. Albo samemu tworzy ta definicję pod siebie bazując na życiowych doświadczeniach, wzorcach z telewizji/internetu i upodobaniach nazbieranych gdzieś jako nastolatkowie. Oczywiście wielu z nas zmienia, eksperymentuje, nagina i naciąga tą definicję wraz ze zmieniającym się światem. Kiedyś facet po 30tce chcący być ‚prawdziwym’ mężczyzną zaprzęgał konie by obrobić pole i przynieść do domu pieniądze – dziś te pieniądze ten sam facet może zarabiać tańcząc na TikToku. Może ta definicja prawdziwego mężczyzny jest tylko zbiorem sentymentów z opowieści poprzednich generacji.
PolubieniePolubione przez 1 osoba