Został tylko odcisk neonu na ścianie

Tottenham Court Road, zawsze ten sam plan

Zawsze to samo miejsce. Tottenham Court Road, wyjście z metra – nikt nie musiał pisać dokładnie gdzie, bo „idziemy do G-A-Y” było całym planem na wieczór. Stamtąd kilka minut piechotą do Soho.

Na dole zawsze stała kolejka do baru. Podłoga na parkiecie kleiła się od porozlewanych drinków – tanich, jak na centrum Londynu, więc to tu się zaczynało. Na ścianach leciały na kilkunastu telewizorach teledyski, bez żadnego miksowania, jedna piosenka po drugiej jak playlista z Winampa, czasem z kilkunastosekundową ciszą między utworami. Głośniki naparzały tak mocno, że i tak trzeba było krzyczeć, żeby cokolwiek usłyszeć – ale w tych paru sekundach ciszy zdążyło się czasem wymienić z kimś całe zdanie.

Prawdziwe rozmowy toczyły się piętro wyżej, w palarni. Tam się siedziało godzinami.

O północy G-A-Y zamykali. Szliśmy pieszo, bo blisko, do G-A-Y Late, żeby ciągnąć dalej tą imprezę. Miałem nawet kartę członkowską – ze zdjęciem, z imieniem i nazwiskiem – która wpuszczała mnie bez kolejki. A kolejka tam stała zawsze.

Chodziłem tam zawsze z Simonem – pół Brytyjczyk, pół Cypryjczyk, gadał z każdym. Przez niego każde wyjście kończyło się poznaniem najmniej dziesięciu osób, a poznawało się tam ludzi z całego świata. Na malutkim parkiecie na końcu klubu zawsze był największy ścisk – nawet szybka piosenka oznaczała taniec klatą w klatę z kimś obcym, bo inaczej się nie dało. To w G-A-Y Late nasłuchałem się historii o życiu gejów z drugiego końca świata. Japonia, Brazylia, Stany Zjednoczone – ludzie, których widziałem raz i nigdy więcej.

Czego tam szukałem

Nie chodziło tylko o zabawę. G-A-Y i G-A-Y Late były jednym z kilku miejsc w Londynie, gdzie nie trzeba było niczego tłumaczyć. Nie trzeba było tłumaczyć, że jesteś gejem. Nie trzeba było tłumaczyć, że wychodzisz stąd z czyimś numerem, albo że tańczysz sam pod barem, bo akurat nie masz z kim.

To była przestrzeń, do której szło się, kiedy nie chciało się być samemu. Bez umawiania się wcześniej. Bez apki. Wystarczyło wsiąść w metro i przejść kawałek Oxford Street. Oczywiście na samym Soho jest jeszcze kilka innych miejsc (Ku bar, Village, Freedom czy Admiral Duncan lub Comptons) ale G-A-Y było dla mnie zawsze jakoś bliżej serca.

Jak się dowiedziałem

Pierwsze zamknęli G-A-Y Late. Simon napisał, żeby pójść na pożegnalną imprezę – nie wyszło, praca stanęła na drodze, jak to zwykle bywa.

Z G-A-Y na Soho było inaczej. O zamknięciu dowiedziałem się z Facebooka, jakiś czas później. Umówiłem się na piwo z Ras’em, Turkiem, żeby wpaść tam ostatni raz. Dotarliśmy na miejsce, a lokal już był zamknięty – może pomyliłem dni, może zamknęli wcześniej niż pisali. Po szyldzie został tylko jaśniejszy odcisk na ścianie, tam gdzie przez lata wisiał neon. Popatrzyłem na ten odcisk jeszcze raz i zrozumiałem, że coś się właśnie skończyło. Że pewien rozdział został zamknięty. Jakiś czas temu otworzono w tym miejscu Coven – miejsce dla queer community – jak długo tam pozostanie i co mają do zaoferowania – niedługo sprawdzę.

Dlaczego to się dzieje

Oba kluby nie zniknęły w próżni. Od lat mówi się o zamykaniu gejowskich pubów w Londynie – czynsze w centrum rosną szybciej niż jakikolwiek biznes nocny jest w stanie udźwignąć, deweloperzy przejmują budynki pod inwestycje mieszkaniowe, a młodsze pokolenie gejów coraz częściej poznaje się i spędza czas inaczej – przez aplikacje, przez Internet, w mieszkaniach, nie w klubach. To nie jest wina jednej strony. To splot ekonomii, technologii i zmiany pokoleniowej, który akurat trafił w moje pokolenie w środku, między tymi, którzy jeszcze pamiętają, po co się tam szło, a tymi, dla których to już tylko nazwa z Google Maps oznaczona jako „zamknięte na stałe”.

Społeczeństwo robi się coraz bardziej tolerancyjne. Ale nie ukrywajmy – ekonomia i tak wygrywa. Czynsz sam się nie zapłaci, bez względu na to, jak piękne mamy ideały równości – a koszty życia w Londynie rosną tak szybko, że zwykłe wyjście do baru potrafi dziś kosztować sto, dwieście funtów za wieczór. Młodzi takich pieniędzy nie mają. Starsi dawkują sobie takie wypady. Łatwiej więc po prostu spotykać się online, co oczywiście nie jest żadnym substytutem relacji na żywo. Im bardziej zamykamy się w wirtualnym świecie, tym bardziej stajemy się aspołeczni. Dorośli, z już wyrobionymi umiejętnościami społecznymi, jakoś sobie poradzą. Gorzej z młodszym pokoleniem, odciętym od interakcji twarzą w twarz, zanim jeszcze zdążyło się tych podstawowych mechanizmów nauczyć. Czego wynikiem sa młodzi dysfunkcyjni społecznie ludzie z napadami paniki lub agresji albo co gorsza z rozhulaną depresją.

Zastanawiam się, gdzie teraz idą ci, którzy dopiero co skończyli osiemnaście lat. Gdzie jest dla nich na tyle bezpiecznie. Gdzie znajdą się wśród swoich, skoro miejsc, które to gwarantowały, jest coraz mniej.

Co zostało

Grindr nie jest zamiennikiem. Jest czymś innym, co wypełniło lukę tylko częściowo. Można poznać kogoś w pięć minut. Trudniej o przypadkowość – o wieczór bez celu, o miejsce, w którym po prostu jesteś, zamiast negocjować, czego chcesz, zanim jeszcze się spotkacie. Zniknęło coś, czego apka nie potrafi zastąpić: możliwość bycia samemu w tłumie ludzi takich jak ty, bez presji, żeby to na coś konkretnego przekuć.

Dziś, kiedy nie chcę być sam, najczęściej idę do Royal Vauxhall Tavern, Union lub Fire. Kiedyś zaczepiła mnie tam ekipa BBC, robiła sondę uliczną – pytali, czym dla mnie RVT. Nie skłamałem, mówiąc, że to jedno z niewielu miejsc, gdzie można na chwilę zapomnieć o wszystkich problemach i mentalnie odpocząć od codzienności w poczuciu przynależności do grupy. Nie powiedziałem im, że kiedyś, tańcząc na scenie – bo scena tam jest zawsze otwarta dla każdego – wyjebałem się na oczach całego klubu, zdarłem kolano do krwi aż barman musiał mi z apteczki wyciągnąć nawiększy plaster ale dał mi tez piwo za darmo więc ból był mniejszy.

Koniec

Royal Vauxhall Tavern wciąż stoi. Nie wiem, na jak długo. Więc może po prostu póki jest – trzeba iść i pobawić się, poznać nowych ludzi i usłyszeć historie z najdalszych zakątków świata.

6 myśli w temacie “Został tylko odcisk neonu na ścianie

  1. Winamp? To czasy przed potopem. Ktoś to jeszcze pamięta?

    Nie wiem jak jest z kwestią klubów w PL, bo nie chodzę, ale możliwe że podobnie. Czynsz, koszty pracowników, produktów (picie/jedzenie) – to wszystko dobija.

    Polubione przez 1 osoba

        1. Idąc tą drogą rozważ jeszcze ICQ, IRC, Netscape Navigator, WinRAR, WinZip i Osiołka – słowa klucze😄. Będę Cię nadal obserwował z sentymentu, ale moich komentarzy już nie zobaczysz. A na dalszą drogę z życzliwości polecę Ci jeszcze wapno, żebyś się przypadkiem nie sypał na chodnik. 😂😂

          Polubienie

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.